wtorek, 9 stycznia 2024

3 x F

Ciekawe, czy ktoś współcześnie traktuje literaturę jako ucieczkę od rzeczywistości. Gdyby tak było, książka dawałaby gwarancję wolności, luksusu oderwania się od tu i teraz, bycia w innym świecie, wymagającego jedynie od czytelnika umiejętności rozumienia tekstu.

Ta zdolność zdaje się być zarezerwowana dla konkretnych pokoleń, posługujących się czymś więcej niż wyszukiwarką Google. Kolejnych boomerów, do których i ja, według mojego dwunastoletniego syna, się zaliczam.

Jestem  szczęśliwa, że umiem czytać i rozmawiać poprzez książki z autorkami i autorami, chcącymi opowiadać, mówić, przekonywać, tworzyć.

Jakiś czas temu dzięki lekturze znalazłam się na tropikalnej Florydzie, której przyroda na różne sposoby,  konsekwentnie i bezlitośnie walczy z ludźmi. Google informuje, że Półwysep Floryda cieszy się niesłabnącą popularnością turystów. Na wyobrażenie Florydy w moim pokoleniu ogromy wpływ miał serial „Policjanci z Miami”, w którym pośród egzotycznej scenerii dwóch  gliniarzy w przerwach w pracy uwodziło pięknie opalone, bogate kobiety.

Tymczasem Floryda, którą opisuje Lauren Groff jest niczym bogini, która nie da się sprowadzić nikomu na manowce. Nikt nie jest jej godzien, bogini Floryda zsyła na ludzi huragany, powodzie, dzikie zwierzęta, tropikalne burze. Rządzi miejscem, które doprowadza mieszkańców i turystów do upadku, ruiny, bezdomności, szału, depresji i samotności.

Porzucone posiadłości szybko porasta bujna Flora. Fauna ma swoje siedliska wszędzie, włazi ludziom do domów, opuszczone mieszkania przechodzą na jej własność. Woda, powietrze i ziemia służą ślepo Florydzie.

Z całego tomu opowiadań moje serce skradło kilkoro bohaterów: Helena z opowieści pod tytułem „Salwador” oraz matka z dwoma kilkuletnimi synami z opowiadania „Yport”. Łączy ich ucieczka z Półwyspu Floryda, której podejmują się z różnych powodów.

Helena szuka rozrywek, chcąc uciec od przykrej codzienności bycia pielęgniarką swojej starej matki w Miami. W Salwadorze doświadcza przygód, przemocy i objawienia bogini Florydy, która, jak się okaże rozciąga swoją władzę i na Amerykę Południową.  

Yport wraz z okolicznymi miejscowościami to cel zafascynowanej postacią Maupassanta amerykańskiej pisarki. Alter ego Autorki pragnie wyzwolenia spod jarzma florydzkiego klimatu. Korzystając ze swojego literackiego projektu, rozpoczętego jeszcze na studiach we Francji, nieznośnego i domagającego się ukończenia, pisarka zabiera synów na wakacje. Wspólna obietnica poszukiwań śladów osiemnastowiecznego pisarza ma zagwarantować chłopcom i mamie przygody z dreszczykiem, spontaniczną naukę francuskiego dla synów Nowego Kontynentu  a przede wszystkim odpoczynek od uciążliwej florydzkiej aury.

To, co przyniesie trójce Amerykanów  wyjazd do Bretanii zadziwi przede wszystkim pisarkę.

Czym jest geografia miejsca, Kotlina Warszawska, w której mieszkam od 12 lat? Czytam, że jakość powietrza jest dziś w jej głównym mieście,  Warszawie, zadowalająca. Przy minus czternastu , o wpół do siódmej rano jest szaro, neony lśnią jak oczy elektrycznej Fauny. Pierwsza fala spieszących do pracy minęła. Za chwilę runie świt, na razie dzień wykrojony kolejowym wiaduktem różowy łuk wygląda tak niewinnie. Mógłby zdobić okładkę przewodnika dla tych, którzy chcieliby ujrzeć nadwiślański świt.

 

Lauren Groff Floryda przeł. Dobromiła Jankowska, Warszawa 2019

 

 


środa, 8 listopada 2023

"Wyspa kobiet" Lauren Groff

W przerwach między karmieniem, a kolejną nieprzespaną nocą, gdy wstaję do córeczki, rodzi się chęć odpoczynku, snu, wytchnienia. Szukam jakiejś książki, która by mnie ukoiła i przeniosła w inny świat. Najlepiej do odległej przeszłości. „Wyspa kobiet” okazuje się fantastycznym kierunkiem czytelniczej wycieczki.

Wpadam w książkę i czuję się w niej jak u siebie – wokół pełno moich ukochanych motywów, XII wiek, Francja i Anglia pod rządami Henryka II i jego charyzmatycznej żony, Eleonory Akwitańskiej. Przypadek, czy nie, znów natykam się na Złotowłosą Królową, którą Lauren Groff portretuje jako szafarkę życia i śmierci.

Fabuła powieści zawiązuje się, gdy Eleonora przeznacza do klasztoru swoją szwagierkę, bękartkę, Marię, by „coś zrobić z tą zhańbioną, niezdarną olbrzymką, której nikt nigdy nie poślubi”. Wspomniana olbrzymka jest sierotą, ale ma wiele talentów, w tym ucho do języków i głowę do rachunków. Do tego świetnie jeździ konno zna się na myślistwie, co zawdzięcza swoim ciotkom i babkom, także postawnym i mocnym kobietom.

Osiemnastoletnia Maria ze względu na swe warunki fizyczne i swoje umiejętności rusza do opactwa gdzieś w Angleterre. Ma zostać ksienią, po przebyciu niezwykle krótkiego nowicjatu. Buntuje się przeciwko temu losowi wybranemu jej przez Eleonorę, ale jednocześnie nie potrafi stłumić zmysłowej fascynacji, którą żywi do królowej odkąd zobaczyła ją pierwszy raz w jej namiocie podczas drugiej krucjaty. Marie próbuje zaakceptować swoje nowe życie, jednocześnie pielęgnując wspomnienia z dzieciństwa i wczesnej młodości, spędzonej na dworze Eleonory. Miłość dworska, fizyczne i duchowe piękno francuskiego południa, które zawsze towarzyszyło otoczeniu Eleonory ogrzewają Marie podczas jej pierwszych lat w ponurym, zimnym i ubogim opactwie. Niesłychana żywotność i siła Marie prowadzą ją ku niezwykłemu przeznaczeniu, w którym wspólnota zakonnic stanie się jej domem, a świat ukarze jej swoje niezwykłe odbicie, na miarę jej samej - boskie.

Podczas lektury zachwycałam się literackością postaci stworzonych przez Lauren Groff. Z jaką precyzją utkała swoją  bohaterkę Marie, sięgając po pierwowzór postaci słynnej Marie du France, pierwszej poetki francuskiej, związanej z opactwami Reading, Shaftesbury czy Barking. Bohaterka „Wyspy kobiet” wyrasta na budzącą szacunek ksienię, która, jak się okazuje, potrafi przekształcić ubogie opactwo w samowystarczalne gospodarstwo, przynoszące olbrzymie dochody. Równocześnie sama dojrzewa, stając się wpływową abatysą, prowadzącą liczną korespondencję z możnymi epoki, w tym z królową Eleonorą.

„Wyspa kobiet” to wspaniały portret społeczności kobiecej zdolnej przenosić góry. Wyrafinowana literacka uczta, dzięki której zorientowałam się też, że jabłko, które jem, to odmiana nazwana „princ”.


Lauren Groff, Wyspa kobiet, przeł. J. Kozłowski, Warszawa 2022. 

piątek, 22 października 2021

"Fizyka smutku" Georgia Gospodinowa

Powietrze w październiku pachnie podobnie do przedwiosennego. Czuje się wtedy złudną lekkość, jakby miała nadejść wiosna, a nie – zima. Zapach wzruszonej ziemi i mokrych liści przyspiesza krążenie krwi i mam ochotę na spontaniczne wycieczki na Zachód, najlepiej pociągiem.

Zanim się obejrzę, siedzę już w porannym intercity do Wrocławia. Widoki za oknem przesuwają się razem ze słońcem. Miejsce przy oknie napełnia otuchą i nadzieją. Piękno i różnorodność  mijanych krajobrazów daje mi poczucie bezpieczeństwa. Jadę do siebie.

Czytam Fizykę smutku Gospodinowa. Leszczyna poleciła mi do tego Historię Minotaura Herberta. Obu utworom patronuje pół byk i pół człowiek. Jednak esej Herberta bije na głowę książkę bułgarskiego pisarza.

Gospodinow przywołuje postać niechcianego syna Minosa, gdy pisze o zwierzętach dzikich i hodowlanych. Nadal zabijamy je dla mięsa, nie widzimy ich pysków. Czy spojrzenie w twarz, w oczy zwierzęcia odwiodłoby człowieka od zabójstwa? Zwierzęta są mięsem, które zapewni nam przeżycie, byśmy mogli, jako ludzkość, realizować swoje szczytne cele, jak robienie kapsuł czasu i wysyłanie ich w kosmos. Po to, by zostawić po sobie jakiś ślad. Ironiczne i smutne wnioski, do których prowadzi lektura są przytłaczające.

Na razie jestem w połowie czytelniczej wycieczki. Lektura Gospodinowa zmusza mnie do następujących przemyśleń: Jak niewiele możemy różnić się od innych, by zostać uznanym za swojego? Co jest tolerowane? Kolor skóry? Ubranie? Wyznanie? Język? Żeby odgrodzić się od innych budujemy granice, stawiamy zasieki i płoty. Jednak kultura Zachodu, w jakiej pragnę żyć, otwiera się na „inność” każdego człowieka. Mieszkańcy tej konkretnej kultury widzą w każdym z napotkanych ludzi siebie. Rozróżniają twarze.  Niestety – w Minotaurze widzą potwora. Czy Minotaur ma twarz?

W drodze na zachód zanurzam się w pojemną formę utworu Gospodinowa. I choć jadę sama w pierwszej klasie nie jest mi już wygodnie.  

 

środa, 29 września 2021

Anna Gacek "Ekstaza. Lata 90. Początek"

 Kupiłam tę książkę, bo ma piękną okładkę, jest aksamitna w dotyku i cudownie pachnie.  Oprócz tego ogromnie cenię Autorkę za jej pasję, warsztat i urok. To wszystko razem dało mi gwarancję wysokogatunkowego produktu, dzięki któremu  mogłam przenieść się w czasie do początku lat 90. XX  wieku.

Przedstawiony w książce obraz ostatniej dekady minionego wieku  zmusił mnie do powrotu do siebie z tamtych lat i przyjrzenia się sobie ponownie.  Byłam wtedy zbuntowaną nastolatką, uwielbiającą Guns n` Roses i Nirvanę, szalałam za ich muzyką. Tę intensywność emocji czuję do dzisiaj, nie wyrosłam z muzycznych upodobań, co lubię czasem zaakcentować ubiorem i makijażem.  Jednak dzięki książce Ani dotarło do mnie wiele rzeczy, które w okresie nastoletniości, były dla mnie niedostępne, może niezrozumiałe, bo nie potrafiłam zdobyć się na dystans. Mogłam ślepo kochać jednocześnie Axla Rose`a i Kurta Cobaina, uważać Madonnę za dziwaczkę i pogardzać muzyką pop. Związki pomiędzy tymi zjawiskami pokazała mi dopiero lektura książki. Siłą napędową „Ekstazy” pozostaje muzyka i  to, co działo się na początku lat 90. w Seattle, gdzie rodziły się gwiazdy grunge`u.  Obok zaś rozwijały się pop i rock, dwa nurty zasilające muzycznego giganta, na jakiego wówczas wyrosło MTV.

Anna Gacek o latach 90. pisze tak, że śmieję się i płaczę podczas lektury „Ekstazy”.

Czytając anegdoty o znanych i uwielbianych muzykach i modelkach, śmieję się na głos, dziwię, zachwycam, niedowierzam. Co za wspaniały popis połączenia rzetelnej dziennikarskiej pracy z wrażliwością, miłością i empatią.  Ania to kobieta, która naprawdę dużo wie o latach 90. I umie o tym opowiadać.  

Tej książki nie da się po prostu odłożyć na później. Wspaniała, przemyślana kompozycja rozdziałów, w których  historie  ze świata mody, polityki i oczywiście – muzyki, składają się na obraz świata, do którego czas dorosnąć. A to dopiero Początek.

czwartek, 23 września 2021

Natalia de Barbaro "Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie"

„Kupiłem Ci książkę” – powiedział Święty.  – „Podobno każda kobieta powinna ją przeczytać, ale Ty nie jesteś każdą, więc nie jestem pewny”. „Co to za książka?” „Zobaczysz, jak przyjdzie paczka”. Przyszła i była to „Czuła przewodniczka” Natalii de Barbaro.

Przeczytałam ją od razu i pomyślałam, że Przewodniczka  podpowiedziała Świętemu, jakiej książki akurat w tym momencie życia potrzebuję. Książki pełnej odwagi i miłości oraz wskazówek, jak je obie ponownie odszukać i na nowo zacząć pielęgnować.

Droga do siebie nie jest łatwa i czasami bardzo trudno wzbudzić w sobie chęci, by ją znaleźć. Kolejny krok to obranie kursu. Autorka „Czułej” na własnym przykładzie pokazuje, jakie to trudne, burzliwe, gorączkowe, beznadziejne i wyzwalające. Myślę, że ta kobieta, która w gąszczu współczesnej kultury, stereotypów, uprzedzeń, wewnętrznej złości i braku wiary w siebie, toruje sobie drogę, to ja i każda z nas. 

Zadawałam sobie sama w duchu - często z żalem, ironią, kpiną, smutkiem pytanie  - "Jak żyć"? Głośno pytałam bliskich "Jak ja sobie poradzę"?  Po lekturze "Czułej" zyskałam kilka fascynujących, wartych sprawdzenia podpowiedzi. 

czwartek, 26 sierpnia 2021

Paweł Sołtys "Mikrotyki"

Mikrotyki to podkłady zdarzeń na torach przeszłości.

– Pan tęskni za starością, czy młodością? – Chcę zapytać Pawła Sołtysa. – Czym dla Pana jest dorosłość? W jakim wieku się Pan czuje, że jest? Jak określi  Pan swój  state of mind?

Dwadzieścia jeden opowiadań Pawła Sołtysa  to fuzja pamięci dzieciństwa i nastoletniości, zapisana przez dorosłego mężczyznę. Mężczyzna jest dociekliwy i chce wiedzieć więcej, niż sam pamięta: chce zasłyszane historie, przeczytane listy i zapomniane fotografie przywrócić do życia. Zaczyna śledzić losy powojennych epistolarnych kochanków. To, co znajduje, nijak ma się do jego wyobrażeń na temat zakochanych. Jednak to rozczarowanie wydaje się Autorowi godne zapisania. Śledztwo na tropach Przeszłości staje się jedyną rozrywką, grą wartą świeczki, jedynym wyjściem Autora i jego idèe fixe.

Tanie fajki, koszule w kratę, granie w garażu, picie win marki win w historiach współczesnych mieszkańców warszawskiej Pragi, duchów przeszłości oraz autobiografii zbudowanych na Hrabalu, Grzesiuku i Stasiuku.

Co z tego wyniknie? Na pewno taniec nostalgii i pierniczenia w eklektycznym kostiumie na dancingu. Wspaniałe i prawdziwe.


Paweł Sołtys, Mikrotyki. Wołowiec 2017. 

środa, 25 sierpnia 2021

Charlotte Runcie "W ustach sól"

Wstaję w niedzielę przed 7.00, żeby ją czytać. To czytanie przed śniadaniem doskonale wpisuje się w mój poranny rozkład dnia: jogę, medytację, picie herbaty lub kawy. Jak do tej pory – wszystkie te czynności udaje mi się wykonywać na dworze.

Czytam książkę, leżąc na macie. Nagle uderza mnie myśl, że ja tę książkę znam, bardzo dobrze ją znam, to.. jakbym ja ją napisała. Jestem pewna, że Charlotte zebrała wszystkie moje wpisy do pamiętnika poświęcone morzu, poszukał głębiej, w moich przeczuciach, w wyborach dokonywanych nie wiadomo pod wpływem jakiego impulsu i znalazła morze. Źródło, początek, przyczynę i ostateczny cel.

„Jezu, przecież ja bym mogła coś takiego napisać i to już dawno!” – karciłam się w myślach, po czym - oddawałam Autorce palmę pierwszeństwa. Ja nie miałam takiej motywacji, wiary w to, że temat zbiorku– morze jako straszny i piękny żywioł  – może być genialnym punktem wyjścia do intelektualnych i pełnych emocji  pisarskich wypraw.  Po lekturze zbiorku „W ustach sól” dochodzę do wniosku, że długo szukałam potwierdzenia u innych tego, co sama czułam, ale nie byłam zbyt odważna, by ująć w słowa swoje myśli.  Z obawy przed krytyką innych, przed ich pełnych wyższości spojrzeniami, że no jak to, ty i taki temat, po co się za to bierzesz, w tym nie ma potencjału. A tymczasem ktoś przekuł swoją fascynację w opowieść. Ktoś ją opublikował, podzielił się nią z resztą świata. Zazdroszczę i cieszę się, że dzięki Charlotte zwróciłam sobie prawo do wstydu, że czegoś nie zrobiłam. Ktoś inny to zrobił, pokazał, że warto.

Zbiorek „W ustach sól” zabiera mnie w podróż nad szkockie wschodnie wybrzeże Morza Północnego.Wyskakujemy też nad Atlantyk i na północ, na Hebrydy. W trakcie tych wycieczek realne spacery po plaży odbijają się echem nadmorskich spacerów wielbicieli morza sprzed wielu wieków i lat. Współczesność zahacza o mitologię.

Z braku realnej podróży płynę z Autorką w jej krainę. W niej każdy najmniejszy szczegół kojarzony z morzem rozwija się w cudowną opowieść, łączącą różne czasy i różne dziedziny nauki oraz sztuki. Botanikę, zoologię, geografię, historię literatury, religii i malarstwa Autorka połączyła pod jedną banderą.

Swoboda poruszania się Charlotte wśród znanych archetypów i motywów, jej błyskotliwość w tropieniu ich we współczesnych realiach i jej rodzinnych historiach sprawia ogromną czytelniczą przyjemność . „Nie wiem, czy dałbym radę przeczytać książkę bez akcji” – rozbrajająco szczerze wyznał Święty. „Dałbyś. Mogę przeczytać Ci fragment dotyczący jednej z akwarel Turnera?” Zgodził się i pokiwał głową z uznaniem. – Bardzo obrazowe – przyznał po mojej głośnej lekturze.

Może od zawsze szukam książek opowiadających obrazowo o czymś, co nazwałabym  pomiędzy.

Brach-Czajna, Bułhakow, Ishiguro, Murakami, Zbigniew Herbert – to tylko niektórzy moi przewodnicy. Z Charlotte też z ufnością ruszę w kolejną podróż.

Charlotte Runcie, W ustach sól. Tłum. Magdalena Koziej. Warszawa 2019.  




wtorek, 3 listopada 2020

Tegoroczne Zaduszki

To będą Włochy

No więc - co z tym szwem?

Nici rozpuszczają się i widać Bari. 

Dziura w torbie jednorazowej

podróży. 


Jeden wieczór

Wejdźmy do auta - 

pada -  

nie będę rozklejał

paragonów. 

Taksówki obecnie 

jeżdżą bezdotykowo. 


Sjesta

Za ile minut 

drzewa skończą martini? 

Na tym skwerze 

serwują kawę - 

normalnie można się upić

Nawet umrzeć

w butach. 

Radek Rak "Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli"

Za co przyznawane są nagrody literackie? Zawsze sobie tak myślę, gdy sięgam po książki laureatów. Nie słyszałam wcześniej o pisarzu  Radku Raku. Wstydzić się, czy nie? Bezwstydnie kupiłam sobie  nagrodzoną książkę Radka Raka w twardej oprawie i pokazałam się z nią na mieście.

Zasiadłam do czytania bez wcześniejszego researchu. Gdzieś po głowie plątało mi się nazwisko Szela, z "Wesela" właśnie, jednak nie bacząc na mimowolnie się pałętające reminiscencje, postanowiłam zabrać się za lekturę z czystym umysłem i sercem.

Po co nam Jakób Szela w literaturze - zastanawiałam się. Znów kolejny mit ktoś na swój sposób będzie interpretował. Rak opowiada mit Galicji, zwanej Galileją przez pryzmat historii Szeli, historii, w którą jako czytelnicy mamy uwierzyć, bo jest ona tak bajkowa, że aż prawdopodobna.

Autor "Baśni" kreśli losy galicyjskiego chłopa o imieniu Jakób, który na skutek niezwykłych, przypadkowych okoliczności, zostaje panem.  Życzenie  Szeli, by jeść, spać i używać do woli spełniają Węże, odwdzięczając się tym samym Jakóbowi za ocalenie jednego z gadów ich stada. Zanim jednak marzenie chłopa się ziści, Węże ostrzegają go, że gwałtowna metamorfoza z chłopa w pana, której Szela żąda,  zakłóci naturalny porządek rzeczy, w związku z tym sugerują Jakóbowi spełnienie bardziej przyziemnych pragnień, pragnień na swoją, chłopską miarę.

 Jakób, który chowa w sercu głęboką urazę do dziedzica, Wiktoryna Bogusza  nie zamierza rezygnować z okazji i z całej duszy pragnie zostać panem, by się zemścić.

Podstęp spełniających życzenie przewrotnych Węży wiedzie Jakóba na manowce i wprawia w ruch machinę zdarzeń, które zmienią oblicze Galileji. Jakób pewnego dnia budzi się panem Wiktorynem, zaś pan Wiktoryn - Jakóbem. W świetle tej fikcji literackiej można więc  zinterpetować fakt, skąd to historyczny Jakób Szela umiał czytać i pisać. Radek Rak w całej powieści zaprasza nas do czytelniczej gry, w której ponownie przyjdzie nam przeczytać  baśnie z dzieciństwa i przemyśleć znane ze szkoły historie.

Pierwszoplanowe losy Szeli rozpisane są z rozmachem na tle panoramy Galicji, krainy obrosłej mitami,  baśniami, stereotypami. Historia i nostalgia, ponure piękno krainy zapomnianej przez wielu, są przez Radka Raka przedstawione z wnikliwością  badacza dziejów tych ziem, obdarzonego przy tym prawdziwą pisarską intuicją.

Radek Rak kłania się tradycji literackiej, a przy tym stylizację traktuje swobodnie, widząc w niej językowe źródło, z którego nadal warto czerpać, uprawiając współczesną literaturę, bez obawy o niezrozumienie obecnego czytelnika, a może i późnego wnuka.  

W przerwach czytania powieści, wysłuchałam audycji "Jakub Szela - na historycznej wokandzie" i wróciłam na chwilę do dramatu Wyspiańskiego "Wesele" , po czym przy lekturze "Baśni" włączały mi się kolejno skojarzenia z Wojakiem Szwejkiem, z malarstwem Chełmońskiego, z Beniowskim, z Szulcem, Chagallem i Tokarczuk. Z Bułhakowem i  Żeromskim.  A do tego bawiłam się znakomicie,  napotykając w powieści nawiązania autotematyczne.

Danie do rozsmakowania się, zjadliwe dla wszystkich.  


Radek Rak, Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli, Warszawa 2020. 

czwartek, 29 października 2020

Kazuo Ishiguro "Pogrzebany olbrzym"

W milczącym królestwie nikomu nie zdaje się żadnych pytań, ponieważ ludzie zwykli nie pamiętać, co działo się kilka godzin temu. Ludzie "stamtąd" nie przywiązują zresztą uwagi do minionych zdarzeń. Trwają.

Jednak para staruszków, Axl i Beatrice pod wpływem przeczucia postanawiają opuścić swoją wioskę i wyruszyć w podróż, by odnaleźć ukochanego syna. Wędrują przez krainę zrujnowaną i opuszczoną - wojny prowadzone przez Króla Artura przyniosły Albionowi biedę, głód i kruchy pokój między Brytami a Sasami. W zapomnianych, podupadających wioskach zamieszkanych przez ludzi ogarniętych mgłą niepamięci, królują lęk i strach, a żywią się nimi złe duchy oraz demony, które czają się w ciemnościach i których imion nikt nie wymawia, bo albo się boi, albo ich nie pamięta, co na jedno wychodzi.

"Pogrzebany olbrzym" jest powieścią utkaną jak średniowieczna tkanina z Bayeux: pełną tajemnic, mieniących się znaczeń, zagadek, kryjących się w każdej przedstawionej na tkaninie postaci. Ogólnie rozpoznawalnych, ale w szczegółach -niejednoznacznych.

Czym lub kim jest tytułowy pogrzebany olbrzym? Pamięcią o starożytnych rzymskich czasach, które przeminęły, choć miały być wieczne? Zapomnianymi  snami o potędze Króla Artura, który chciał zbudować  Brytanię na nowo?  Może zaś symbolem czegoś wielkiego i tak niewyobrażalnego, że ideę tę należałoby zaraz włożyć między bajki, jako niemożliwą do urzeczywistnienia. Trudno zadać właściwe pytanie, na które odpowiedzią będzie nagroda - graal.

Podpowiedź przyjaciółki, by przeczytać tę książkę Ishiguro sprowokowała mnie do odkurzenia innych historii z czasów Króla Artura, przechowywanych w rozmaitych utworach i interpretacjach artystyczno- literackich.  Dla mnie "Pogrzebany olbrzym" to kostiumowa historia z czasów postarturiańskich, opowiadająca o sile przebaczenia i prawdy, której to siły po prostu tak łatwo zapomnieć się nie da.

Kazuo Ishiguro, Pogrzebany olbrzym, przeł. Andrzej Kuryłowicz, Warszawa 2015. 

czwartek, 25 października 2018

Złotowłosa w trzech tomach. Cykl o Eleonorze Akwitańskiej Barbary Chadwick


W galerii portretów jej obraz od razu przykuwa uwagę: jest plamą złota. Co można powiedzieć o królowej Alienor władczyni Francji  i Anglii,  w historii znanej jako Eleonora Akwitańska? Była złotowłosa, bajecznie bogata, sama wybrała sobie drugiego męża, gdy rozwiodła się z pierwszym. Dała początek jednej z najsłynniejszych angielskich dynastii – Plantagenetów. Była matką Ryszarda Lwie Serce i Jana bez Ziemi. Kobietą, która kazała przedstawić się z książką na nagrobnej rzeźbie.
Złote światło, które opromienia postać Alienor mieni się wielością odcieni. Żeby poznać ich wartość, przeczytałam historię życia królowej, zamkniętej w trzech tomach powieści Elizabeth Chadwick.

Pieśń królowej opowiada o młodej księżniczce półsierocie, wychowywana przez kochającego ojca, która po jego śmierci zostaje wyznaczona na żonę króla Francji. Trzynastoletnia dziewczyna buntuje się przeciw woli ojca, ale w końcu jej ulega. Wypełniając jego testament, wkracza na drogę, która zaprowadzi ją na tron Anglii i uczyni jedną z najpotężniejszych kobiet Średniowiecza.

Zanim jednak zabrzmią pieśni o Aleinor, śpiewane w Prowansji i na angielskim dworze, upłynie wiele lat. Pieśń królowej i Serce królowej przedstawiają losy kobiety, dla której rola królowej mocarstwa Europy Zachodniej jest rolą wymarzoną, rolą życia. Kiedy wreszcie, po męczarniach życia z Ludwikiem, Alienor jako królowa wdowa może decydować o swoim losie i wybiera na męża młodego Henryka Andegaweńskiego, wkrótce króla Anglii, świat ściele się u jej stóp. Alienor podejmuje wyzwanie i zostaje jedną z najpotężniejszych kobiet swojej epoki. Rodzi synów i córki, umacnia swą pozycję.  Świadkowie towarzyszących temu emocji pozostają bezimienni. Kotary łoża, w którym Alienor dochodzi do siebie po kolejnych połogach. Suknie, szyte na okazje spotkań z mężem, których odpowiedni kolor i krój były dyplomatycznym komentarzem.  Mogły i potrafiły uwodzić. W epoce, gdzie każdy element życia królewskiej pary był spektaklem dla dworu, sekretów nie powierzano nawet ścianom.  Ważne było także to coś pomiędzy słowami.

Tron królowej to opowieść o ostatnich trzydziestu latach z życia Alienor, gdy jest więziona przez swojego męża w różnych okresach ich małżeństwa, i gdy odpowiada to planom politycznym Henryka II. Alienor, już po śmierci Henryka jako wdowa, może rozpocząć samodzielną politykę i tu rozwija skrzydła.

Portret królowej zabłysnął dopiero w ostatnim trzecim tomie. Autorka i czytelnik musieli przejść przez tych kilkaset stron, by poczuć ciężar złotej myśli, że najtrudniej jest pozostać sobą.  Nawet, a może zwłaszcza, jeśli się jest królową.

Elizabeth Chadwick, Pieśń królowej (t.1) , Serce królowej (t.2) , Tron królowej (t.3) , przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Warszawa 2018.

niedziela, 7 stycznia 2018

Joanna Bator "Purezento"

Dostałam pod choinkę książkę i od razu zabrałam się do czytania. Purezento Joanny Bator zachęciło mnie piękną okładką – wydawało mi się, że ten wybór kolorów, czerni i złotych żył będzie pewną wskazówką w trakcie lektury. Miałam dobre przeczucie.

Powieść jest historią młodej lektorki języka polskiego jako obcego. Uśmiechnęłam się pod nosem, utożsamiając się z bohaterką i z tym uśmiechem postanowiłam podążać  jej powieściowymi ścieżkami.  

Po śmiertelnym wypadku na rowerze, w którym ginie chłopak Bohaterki, pogrąża się ona w niemej żałobie. Odgradza się od świata, sporadycznie chodzi do pracy i prowadzi lekcje, przestaje jeść i pić. Zamyka się w domu. Kiedy zostaje zwolniona z pracy, pewnego dnia dzwoni do niej Pani Myoko, słuchaczka z kursu języka polskiego. Składa Bohaterce propozycję wyjazdu do Tokyo i zaopiekowania się jej domem oraz kotem Mushinem. Czas pobytu jest nieograniczony, a propozycja, która początkowo wydaje się Bohaterce dość dziwna, staje się dla niej szansą na przygodę życia.


Czytając tę powieść, odnosiłam wrażenie świeżości, z jaką Autorce udało się przedstawić schemat podróży inicjacyjnej młodej kobiety.  Prosty model powieści drogi został przez Joannę Bator ukazany w nowej, zaskakującej odsłonie. Prostota tego literackiego modelu zachwyciła mnie na nowo. Na pewno dzięki oszczędnemu językowi, staranności w oddawaniu codzienność, nad którą Joanna Bator pochyla się z czułością i zadumą. Powieść, jak głosi napis na okładce, jest w duchu zen.  Mi w trakcie lektury przypominała prozę Murakamiego z jego fantastycznej powieści Kafka nad morzem. Purezento to wyjątkowy prezent.  Zasypiając, marzyłam, że jestem gościem Pani Myoko i uczę się sztuki kintsugi

sobota, 7 stycznia 2017

Na nowo. "Miniaturzystka" Jessie Burton

Nowy Rok jest jak nowy rozdział: trzeba go zacząć, żeby zrozumieć całość. Kochani Czytelnicy, w ostatnim czasie brakowało mi siły na opisywanie inspiracji płynących z czytanych książek. Czytałam, ale bez tej potwierdzonej znajomości z lekturą  ̶  wysłanej Wam w świat notatki, że warto, że trzeba, że można, że koniecznie należy sięgnąć po tę książkę, bo... Brakowało mi argumentów na lekkie i przystępne podsumowania przeczytanych tomów. Ostatnio zatęskniłam za możliwością podzielenia się wrażeniami z czytanych książek. Może najwyższy czas rozpocząć ten nowy rozdział?

Trudno, tak się zdarza, ale tę powieść przeczytałam z dwóch powodów: interesującego tytułu i pięknej okładki. Jak się przekonałam, było warto. Miniaturzystka zaintrygowała mnie do tego stopnia, że odwiedziłam Galerię Sztuki Dawnej w Muzeum Narodowym w Warszawie, aby wzmocnić kontekst czytelniczy i zobaczyć miejskie realia Europy XVII wieku. Część wystawy Miasto, przedstawiająca obywateli i ich instytucje, ratusz i cech oraz dom miejski i jego mieszkańców, pomogła mi jeszcze przedłużyć tę chwilę bycia w powieści i wzmocniła odmalowany w powieści obraz.

Miniaturzystka jest opowieścią o Petronelli Ooortman, osiemnastolatce, która pewnego dnia przybywa ze wsi do Amsterdamu, do swojego męża Johannesa, by zgodnie z tradycją, zostać panią jego domu. Dziewczyna od początku zostaje wystawiona na kilka prób. Najpierw przez swoją matkę, która swata ją z jednym z najbogatszych kupców XVII-wiecznego Amsterdamu i organizuje szybką ceremonię, bez nocy poślubnej dla nowożeńców. Wszystko po to, by jak najszybciej spłacić długi zaciągnięte przez męża, alkoholika i hazardzistę. Petronella po przyjeździe do Amsterdamu musi zmierzyć się ze swoją szwagierkę, która zdaje się władać niepodzielnie rezydencją nad kanałem Herengracht i nie zamierza rezygnować z przywileju bycia panią domu na rzecz jakieś prowincjuszki.  
Nowe życie i brak znajomości reguł postępowania wobec siostry męża i swobodnej w obejściu służby, jest początkiem dorastania Nelli, który to etap w niczym nie będzie przypominał przewidywalnego do tej pory dziewczęcego życia. O ile nieobecność męża daje się jakoś wytłumaczyć  prowadzonymi przez niego  na obu półkulach interesami, to już kompletny brak zainteresowania Johannesa  młodą żoną po powrocie jest niepokojący. Nella zwraca się zatem ku domowi, pomału zaczyna się z nim zaznajamiać i przekonuje się, że dom przy Herengracht  żyje własnym życiem. Pełen bogactwa, dzieł sztuki, unikatowych sprzętów , mogący się pochwalić obecnością wyedukowanego czarnoskórego służącego, dom staje się dla Nelli labiryntem, w którym porusza się po omacku. Aż do chwili, gdy mąż kupuje Nelli miniaturę domu i proponuje jej go wyposażyć. Nella odnajduje w mieście miniaturzystę i wysyła do niego list z prośbą o wykonanie figur i sprzętów do małego domku. Jednak zamówiona paczuszka zawiera znacznie więcej, niż Nella mogłaby sobie wyobrazić. Jej los ponownie przestaje być tylko i wyłącznie jej udziałem.


Przeglądałam się w tej powieści trochę jak w lustrze. Z powodu jej unikatowego klimatu, mogłabym ją nazwać manierystyczną, niderlandzką. Z jej wielowarstwowej konstrukcji estetycznej i poetyckiej wyłaniają się dylematy jednostki dotyczące wolnych wyborów i dorastania, wiary, nadziei, miłości i śmierci. Historie w Miniaturzystce, osnute wokół motywów "vanitas" są wzruszające. Zawierają też odblask świata, którego potęga odbija się nie tylko w płótnach Rembrandta, ale także Vermeera. Tak, na swoje potrzeby Miniaturzystkę umieszczę w kategorii powieść niderlandzka. Mam dla niej sąsiadkę: Tulipanową gorączkę Deborah Moggach.



Jesse Burton, Miniaturzystka przeł. Anna Sak, Kraków 2014

poniedziałek, 2 maja 2016

Marie-Morgane Le Moël "Cała prawda o Francuzkach"

 Oto lektura obowiązkowa dla wszystkich kobiet zafascynowanych Francją i paryskim szykiem – głosi notka na końcu książki. − W sumie od czasu do czasu przeżywam fascynację francuskim je ne sais quoi, więc kupiłam tę książkę i właściwie nie wiedziałam, czego się spodziewać po lekturze.

Cała prawda… zbudowana jest  z rozdziałów opatrzonych m.in. następującymi tytułami: „Żywot Marie, żywot Francuzki”, „Francuzki i polityka”, „Francuzki i społeczeństwo”, „Manewry miłosne”, „Jedzenie, moda i tak zwany francuski szyk”. Czytając je miałam wrażenie, jakbym czytała dobrze napisaną pracę magisterską, której Autorka bardzo rzetelnie przygotowała się do obalenia stereotypów dotyczących Francuzek, przywołując choćby argumenty wyniki badań Organizacji Współpracy Międzynarodowej i Rozwoju OECD Family Database z 2014 roku oraz Narodowego Instytutu Demograficznego INED z 2003 i 2013 roku.  

Przykłady, które czerpie ze statystyk, Le Moël umiejętnie podpiera funkcjonującymi w powszechnej świadomości stereotypami, dotyczącymi choćby liczby kochanków przeciętnej Francuzki, jej wagi, wzrostu, długości życia. Ten wyłaniający się z początkowego rozdziału portret nowoczesnej mieszkanki Francji jest dość przeciętny.
W trakcie czytania okazuje się, że nie w liczbach ale w jakości przerzuconego materiału (czy to partnerów seksualnych, ton materiałów i ubrań, czy jedzenia), tkwi sekret trwania stereotypu Francuzki jako kobiety tajemniczej, atrakcyjnej, wpływowej i wyzwolonej seksualnie. Czy nie takim widzimy znane nam Francuzki?

Autorka pracy poświęconej Francuzkom zmienia odcienie, którymi maluje portrety Francuzek: od czarno-białych akwafort, po klasyczne ujęcia, od niejednoznacznych stylistycznie artystek, jak Colette czy Simone de Beauvoir do znanych  ikon współczesnej kultury, jak Brigitte Bardot.  Pióro niewieście, którym Le Moël kreśli sylwetki mniej lub bardziej znanych nam Francuzek, jest lekkie i barwne. Le Moël wybiera sobie przykłady i argumenty na poparcie swoich tez. W jej książce rzeczywistość zmieniła się stereotyp, albo stereotyp pragnie doścignąć rzeczywistość.

Le Moël przypomniała mi historyczną rolę Francuzek, przywołała postaci, które tak cenię za ich styl życia, twórczość i konsekwencję.
Jednak zabrakło mi w tej analizie humoru, z jakim można by opisać ten mit francuskiej famme fatale. Autorka próbuje – zapewne dzięki dziennikarskiemu doświadczeniu jako australijska korespondentka miesięcznika „Le Monde” – zachować inną niż francuska perspektywę, ale nie do końca jej się to udaje. Z kart przeziera fascynacja kulturą Francji, a ujawniona prawda to tylko kolejny literacki gorset podtrzymujący stereotyp francuskiej kobiety.

Ale połknęłam  haczyk i przeczytałam książkę…

Marie-Morgane Le Moël, Cała prawda o Francuzkach przeł. Edyta Świerczyńska. Białystok 2016


Lauren Groff "Fatum i furia"

Siedmiowatówka będzie palić się przez jakiś czas: potem zostawię tylko lampkę – latarnię morską, zapaloną, oczywiście. Przed snem ta latarnia morska musi zawsze się palić przy łóżeczku Stasia. Dziś też się pali. Ktoś postawił przy wejściu do latarni, za jej rogiem, figurkę żołnierza. Wygląda, jakby czaił się na wroga. Otwarte drzwi do latarni dodatkowo go osłaniają.

Wieczór rozsiada się powoli, niech żołnierzyk poczeka. Mam do opisania cały interwał blogowej ciszy.
Powieść, która wyrwała mnie z krzykiem z przedwiosennego odrętwienia, to Fatum i furia Lauren Groff. Sięgnęłam po tę książkę z powodu jej arcyciekawej recenzji w punktach, na jaką natknęłam się w najnowszym magazynie „Książki”. Od razu wiedziałam, że ta powieść amerykańska to coś dla mnie.

Wyrafinowane opisy i surrealistyczny świat zauroczyły mnie. Świadomie odpłynęłam od światła latarni morskiej w kierunku mrocznej otchłani Oceanu Atlantyckiego, uderzającego o brzegi Florydy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Tęsknota za przeszłością bohaterów, przeszłością narratora, tradycją literacką, przebijające przez wiele poziomów powieściowej materii, wzbudziła mój czytelniczy apetyt, by pobawić się w odnajdywanie ich śladów. Okazało się, że autorka, Lauren Groff, liczy na czytelnika i nie podsuwa mu łatwych rozwiązań.

Temat powieści jest prosty – historia młodego człowieka, który odziedziczył fortunę po ojcu, był obdarzony talentem aktorskim i literackim, miał na imię Lancelot i spotkał w swoim życiu niezwykłą kobietę, Mathilde. Napotkana pewnego wieczoru na imprezie kobieta tak różniła się od znanych Lancelotowi przedstawicielek płci pięknej, że  natychmiast postanowił oświadczyć się  tajemniczej piękności.

I tu zaczyna się akcja:  związek Lancelota i Mathilde jest historią dwóch kompletnie oddalonych od siebie galaktyk osobowościowych, które przyciągają się… prawem przyciągania. Gdy próbowałam poskładać sobie fragmenty ich wspólnej historii, opowiadanej z dwóch różnych perspektyw, docierało do mnie, że subiektywność emocji odczuwania tej samej sytuacji (związek Lancelota i Mathilde), wyklucza zrozumienie drugiego człowieka. Intensywność subiektywnych emocji jednocześnie działa jak detonator, ponieważ tak mocno czuję, wyjdę Ci naprzeciw, żeby sprawdzić, jak Ty się czujesz. Czy tak samo? Czy bohaterowie kiedykolwiek próbowali wyjść sobie na przeciw, czy tylko mylnie odczytywali swoje sygnały, lub po prostu znali swoje potrzeby i działali jak automaty, by je zaspokoić?

Zastanawiałam się nad osobowością Lancelota, czytając o spędzonej przez niego młodości w internacie, jego fascynacji teatrem i Szekspirem, odkryciem własnej seksualności jako remedium na ból po stracie ojca i brak kontaktu z matką.

Śledziłam następnie mroczne sekrety Mathilde. Czy to jest jednak wszystko, co Mathilde-staruszka mogła opowiedzieć? Zaskakujące zwroty akcji w powieści sugerują, że femme fatale mogłaby dodać coś jeszcze.

Język tej powieści, który zafascynował mnie przecież w tłumaczeniu, jest ożywczy i wprowadza nową jakość do swojego gatunku. Odświeża XIX-wieczne tradycje poprzez grę z nimi.  Jest w tej zabawie trochę niewinności i trochę kokieterii: dzięki tym efektom, wymowa powieści jest głębsza i mieni się wieloznacznością. To powieść bez finału, za to z przesłaniem, które dla mnie brzmi tak: fatum i furia to dwie siły, zdolne pchać nas, samotnych, do szukania Świętego Graala i wiary w nieśmiertelność.

Lauren Groff, Fatum i furia tłum. Mateusz Borowski. Kraków 2016


sobota, 20 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Trzy młode pieśni"

Pierwsze zdania dobrych powieści to jedno. Ale końcowe są nie mniej ważne, a może nawet bardziej decydujące. Jak kropka dopełniająca sentencję, po której zostają emocje, pulsowanie myśli, często pytania, przypuszczenia, co mogłoby być dalej i czy Autor napisze kolejne części, bo nie można tak zostawić czytelnika…

Skończyłam Trzy młode pieśni  i czuję się samotna. Powieść uwiodła mnie całym bogactwem wątków: spójnych, dopracowanych, opierających się o historyczne realia i fakty, zinterpretowane w olśniewający dla czytelnika sposób. Trzy młode pieśni  poprzez zestrojenie głosów trzech bohaterów: rodzeństwa Bjorna i Gudrun oraz przyjaciela-drużynnika Bjorna – Ragnara − budują niezwykłą perspektywę dla swoich opowieści. Każdy z bohaterów snuje je oddzielnie, a strofy te układają się we wspólną pieśń.  Pieśni zresztą są niezwykle ważną częścią wszystkich powieści, Autorka „Północnej Drogi” z ogromną pieczołowitością zadbała o tłumaczenie staroskandynawskich strof i powierzyła im w powieściowym cyklu rolę tak samo ważną, jaką mają w tradycji i kulturze wikingów.

Wracając do powieści: trójka bohaterów opowiada w niej czasy swojego dzieciństwa i młodości, o czym opowiadała też Sigurn w swojej Sadze.  Trzy młode głosy w opisywanej historii z końca X wieku, są dodatkowymi źródłami, wzbogacającymi powieściowy świat, w którym odwagę cenią od życia wyżej nie tylko ludzie, ale i bogowie. Cena odwagi jest wysoka, a świat, w którym nie ma miejsca dla tchórzy i pozbawionych honoru ludzi, nie zna litości także dla swoich ulubieńców.  Gudrun, Bjorn i Ragnar są raz panami swego losu, a raz zabawkami w jego rękach. Podążają jednak nieuchronnie ku swojemu przeznaczeniu, a jest ono przewrotne wobec ról, jakie przygotowali dla nich rodzice i nieoczekiwane także dla samych bohaterów.


Rekonstrukcja wikińskiego świata zaproponowana przez Cherezińską jest przejmująca, zachwycająca, a zarazem przerażająca.  Echo tego świata, który istniał ponad 1000 lat temu odbija się w mojej głowie. Czuję je mocniej, niż rozumiem, obarczona doświadczeniem kolejnych, po wikińskiej, epok. Nie wiem, czy jestem mądrzejsza o dokonania następujących po sobie okresów… Z tym kulturowym posagiem, stojąc wobec świata Odyna i Frei – jestem rozdarta.

Trudny wybór... Na targu  w średniowiecznej osadzie na Bornholmie. Copyright 
© by Święty, Bornholm 2010

niedziela, 14 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Saga Sigrun"

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Pisałam już o swoich ulubionych pierwszych zdaniach książek, które czytałam. Saga Sigrun od pierwszych słów wprowadziła mnie w czasy wczesnego Średniowiecza na obrzeżach kiełkującej kultury chrześcijańskiej.

Pierwsza część cyklu „Północna Droga” rozpoczyna się w końcu X wieku w północnej Norwegii. Bohaterka powieści, Sigrun, jest jedyną córką zamożnego jarla Apalvaldra, który planuje dla swojej jedynaczki doskonały mariaż: przez połączenie ziem przyszłego zięcia i swoich, Apalvaldr pragnie umocnić więzi panów Północy w opozycji do króla Haralda II. Ukochana córka poddaje się woli ojca i zgadza się wyjść za mężczyznę, którego wybrał dla niej ojciec.

Wszystko układa się pomyślnie: Regin, wybraniec Apalvaldra, budzi w Sigrun serce i ciało. Dziewczyna zakochuje się z wzajemnością w wojowniku, który ma przed sobą przyszłość. Młodzi po ślubie planują zamieszkać w Namsen, posiadłości męża. Tam zaczyna się prawdziwa opowieść Sigrun, która wyszywając kolejne koszule dla swoich ukochanych, opowiada prawdziwą sagę o losie wikińskiej kobiety: twardej i wrażliwej. Kobiety odkrywającej siebie w różnych rolach dopiero podczas częstych nieobecności uwielbianego mężczyzny, a więc odnajdującej się w roli gospodyni grodu, reprezentantki jarla, przyjaciółki i pocieszycielki żon wojowników z drużyny swojego męża.  

Ta powieść jest dla mnie przykładem oswajania samotności kobiecej i nauki życia w cieniu wojownika, z którym na zawsze rozłącza śmierć. Północni bogowie nie byli, jak zdobywające wówczas powoli popularność chrześcijaństwo, łaskawi dla pośmiertnych spotkań  zakochanych w sobie śmiertelników.  Bezwzględnie rozdzielali tych, którzy zdobyli sobie sławę w boju, od ich żon i ukochanych córek. Dla tych ostatnich po śmierci pozostawała zimna i ciemna pustka Hel, w której spotykały się ze swoimi matkami i innymi bliskimi kobietami. Życie ziemskie powinno było więc być dla małżeństw, takich jak Sigrun i Regina, pełne szczęścia i radości, wobec nieuniknionego rozdzielenia, z którym tak trudno było wikińskim zakochanym kobietom się pogodzić. A godziły się na wiele: na rozstania w czasie wypraw i życie w ciągłym niepokoju o swoich mężczyzn.

Stworzona przez Cherezińską postać Sigrun reprezentuje pewien archetyp kobiety kultury skandynawskiej: Sigrun jest kochanką i matką, gospodynią i żoną jarla, w powieści wykreowana jest niczym Freya. Przemyślenia, które jej towarzyszą, współgrają z widokami fiordów, zarysem łąk z rodzinnego Roveste, odbijają się w blasku oczu ukochanego Regina. Sigrun jest jak książka, w której motywem przewodnim jest miłość wraz z jej odcieniami poszukiwania, namiętności, zrozumienia, oddania i wreszcie – pogodzenia się z losem.


Cherezińskiej udało się użyczyć głosu kobiecie sprzed wieków tak sugestywnie, że nie potrafiłam przestać myśleć o intensywności kobiecej wspólnoty doświadczeń, rozpiętej niczym most, między wiekami. Muszę też przyznać, że mimo znajomości tradycji kultury wikińskiej, dałam się zaskoczyć niektórym jej opisom: wstrząsnęło mną zwłaszcza okrucieństwo północnych obyczajów towarzyszących rytuałowi odejścia. 

Czekam, na chwile wolnego, by usiąść do czytania kolejnych części „Północnej Drogi”: Ja jestem Haldred, Pasja według Einara i Trzy młode pieśni.


Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Bornholm 2010

piątek, 5 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Korona ze śniegu i krwi", "Niewidzialna korona", "Gra w kości"

Ten rok zaczął się pod znakiem mocnych lektur. Ponieważ ostatnie miesiące spędzałam na oswajaniu pustki po zmarłych bliskich, potrzebowałam książki, która wytnie mnie na chwilę z otępienia. Pewnego dnia weszłam do księgarni i kupiłam Koronę śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej. Trafiło mnie mocno.

Ta powieść zwróciła mi dziedzictwo Słowian. Zawsze zazdrościłam Irlandczykom ich kultury celtyckiej, tak pieczołowicie pielęgnowanej nawet w inkunabułach chrześcijańskich, w najdrobniejszych szczegółach wtopionej w chrześcijańską wiarę. Zawsze zachwycała mnie żywotność kultury celtyckiej, nośność jej okruchów, z których artyści potrafili wydobyć jej charakterystyczne piękno. Czułam, że Słowianie też zasługują na godną recepcję swojego świata… Dlatego romantyzm z ich zapatrzeniem w przeszłość słowiańską zawsze mnie pociągał, czułam, że rozumiem tę romantyczną fascynację ludowością, która na gruncie słowiańskim oznacza – w skrócie – szukanie śladów kultury z twarzą Swaroga.
Dzięki Koronie śniegu i krwi poczułam się na całkowicie tożsama ze sobą. Zrozumiałam, że jestem córką świata, który  - ożywiony siłą wyobraźni Autorki – mógł się tak przejawiać. To żywa, barwna wizja. Zachwycająca.  

Cherezińska podejmując temat zjednoczenia po rozbiciu dzielnicowym w XIII wieku, dokonała sugestywnej rekonstrukcji ówczesnego universum z jego średniowiecznym duchem. To wyjątkowo udana rekonstrukcja. Polityczne, militarne i geograficzne realia plus historyczne postaci, których los znamy, a jednak czytamy o nich z zapartym tchem. Postać Przemysła II to prawdziwy majstersztyk, tak samo jak arcybiskupa Jakuba Świnki, Świętej Kingi, czy Leszka Czarnego. Udały się Cherezińskiej Słowianki: Jemioła, Kalina – zarysowane niczym rusałki, jednak wyposażone w konkretne pragnienia, dla których realizacji potrzeba nie tylko miecza, ale i magii… Tej nie brak w powieści i, co ciekawe, budzi w czytelniku nie tyle niepokój, co ciekawość: – „Jak – to one tak to mogły robić?!” Poczucie humoru wielokrotnie towarzyszy cuda czyniącym, czy też tym, którzy doświadczają objawień. Ludyczność i wysokie rejestry stylowe w połączeniu z arturiańskimi balladami, śpiewanymi na dworze u Henryka Wrocławskiego – znakomita uczta czytelnicza. Siedemset stron bez wytchnienia przez trzy dni.

Święty zakazał mi kupowania książek powyżej 100 stron… Z powodu mojego całkowitego zaangażowania czytelniczego, uniemożliwiającego mu jakikolwiek kontakt ze mną, w trakcie pochłaniania Korony, oraz z dbałości o wytrzymałość naszych regałów. Nie skomentował werbalnie zakupu Niewidzialnej korony, którą po prostu musiałam mieć. I która połknęłam równie szybko, jak Koronę ze śniegu i krwi.

Niewidzialna mniej przypomina Braveheart, z pewnością dlatego, iż jej bohaterem nie jest żaden piękny, utalentowany i namiętny Piast, ale… niepozornego wzrostu Władysław Łokietek. Żaden z niego heros – temat do pieśni. A jednak w miarę rozwoju powieści, zyskuje on sympatię i wiarę czytelnika, że poradzi sobie "Władek"z tym zjednoczeniem podzielonych ziem polskich. Fantastycznie poprowadzona postać. Na dokładkę mamy tam losy bohaterów z „Korony śniegu i krwi”. Dobrze, bo nie mogłabym rozstać się z nimi po tamtej epickiej, porywającej, tragicznej historii.
Dodatkowo losy rodu Zarembów, zawikłane i pełen tajemnic. Myślałam o Łokietku, podczas czytania: Czy to czasy na jego miarę nie były, czy on nie był człowiekiem na miarę swoich czasów? Historia sprzed 700 last z górą, a pytania takie rodzi. 

W międzyczasie podczytywałam Grę w kości o Świętym Wojciechu, Ottonie I i Bolesławie Chrobrym. Surowa ta powieść w porównaniu do utkanego niczym barwny kilim świata Przemysła II i Władysława Łokietka. Główny wątek Gry w kości to polityczna walka o prymat nad całym ówczesnym światem chrześcijańskim, w której Bolesław Chrobry staje się ważnym graczem. Ta książka podrapała mnie chyba najmocniej spośród tych trzech przeczytanych, podejmujących wątki historii piastowskich. Nie wiem, dlaczego. 
Poczekam na Wasze opinie...

poniedziałek, 26 października 2015

Eileen Chang "Czerwona róża, biała róża"

Na czym powinno opierać się klasyczne studium rośliny zwanej różą? Z pewnością na jak najdokładniejszym opisie jej charakterystycznych cech zewnętrznych, analizie jej właściwości, definicji ekosystemu, w którym można ją spotkać… W języku botaniki wszystkie zachwycające cechy róży byłyby sklasyfikowane. W drodze konieczności opisu gatunku, jakim jest róża, pozostałaby jedną z wielu wytworów natury, urodzona w jej ogrodzie, dla swojego przeznaczenia − by być różą…

Powściągliwość Autorki opowiadań Czerwona róża, biała róża może być równa transparentnemu językowi nauki.  Przejrzysty styl prozy, jakim włada Eileen Chang,  bezlitośnie odsłania obrazki z życia kobiet szanghajskiej średniej klasy w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Umiarkowanie, z jakim Chang odmalowuje ślady uczuć w codzienności małżeńskiej czy ich zacieranie, jest tym bardziej przejmujące, im cichsze. Pozbawione ozdób, skoncentrowane na oddaniu szczegółu, jak kolor podłogi w poczekalni w salonie masażu, czy materiał zasłon w pokoju bohaterki. Jest w tym melancholia, która jest słodka i bolesna, i którą odczuwa się najmocniej, patrząc na październikowe ostre słońce. Konieczność istnienia pewnych domowych przedmiotów wobec październikowej zadumy, jest w jakiś sposób mocniejsza, trwalsza, niewzruszona, nieśmiertelna.  Przedmioty zostają, nawet jeśli spadają liście. Nie dostrzegłabym jednego bez drugiego.

Eileen Chang potrafi pisać o nieuniknionych siłach losu i historii, determinujących i tak już skomplikowany świat kobiecych emocji. Jednym z najsilniej eksponowanych przez nią wątków literacko nośnych, jest siła hierarchii społeczeństwa chińskiego, niezniszczalnego systemu, wyznaczającego rytm życia pokoleń kobiet i mężczyzn, urodzonych dla swojego przeznaczenia.  Z hierarchii Eileen czyni bohaterkę opowiadań i definiuje ją po pierwsze jako spadkobierczyni elitarnych tradycji rodzinnych, a więc jako dziedziczka hierarchii, a równocześnie jako świadoma idei emancypacji artystka. To wyjątkowa perspektywa, dzięki której niełatwo opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Opozycje, pozornie łatwe, w prozie Eileen Chang ukazują wiele odcieni szarości. Niełatwo wybrać pomiędzy białą a czerwoną różą. Każdy wybór będzie oznaczał przyjęcie odpowiedzialności i gotowość do przyjęcia losu, podążania ścieżką, która otwiera się przed nami.

Bierność czy wzięcie losu we własne ręce? Ach, co to obchodzi różę…

Eileen Chang, Czerwona róża, biała róża. Przeł. Katarzyna Kulpa. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009



środa, 14 października 2015

Agnieszka Grzelak "Herbata szczęścia"

Nigdy nie wyrosłam z pragnienia czytania i słuchania baśni. Z czasem sama zaczęłam je opowiadać, zmieniając zakończenia i fabuły, a czasem imiona bohaterów znanych historii. Chyba dlatego tak lubię gatunek fantasy i zabawy literackie, uprawiane przez pisarzy tego gatunku.

Ostatnio czytałam Herbatę szczęścia, powieść fantasy dla młodych czytelników, opisującą perypetie utalentowanej malarki, potrafiącej wyczarować na szkle przepiękne florystyczne wzory. Szklarka, nazwana tak z powodu swojej profesji, szlifowała swoje umiejętności na Wyspie Sierot, w żeńskiej szkole z internatem. Młoda dziewczyna była wychowywana na samotną artystkę, podobnie jak reszta dziewcząt spędzająca w szkole czas na odkrywaniu i pielęgnowaniu swoich różnorodnych talentów. Losy artystek po ukończeniu elitarnej szkoły były bardzo podobne: każda z absolwentek odpływała na stały ląd i tam wiodła ustabilizowane, dostatnie, choć samotne życie. Wychowanice z Wyspy Sierot cieszyły się uznaniem wśród zatrudniających je na rozmaite wysokopłatne zlecenia królów, książąt i przeróżnych bogaczy-amatorów. Otaczała je aura tajemniczości: artystki z Wyspy Sierot nigdy nie ujawniały sekretów dotyczących swojej edukacji, szkolnych zwyczajów, czy swoich instruktorek. Wzbudzały tym samym wśród ludzi  ciekawość i obawę. 

Szklarka pewnego razu dostaje zlecenie namalowania na szkle rośliny o nazwie herbata szczęścia. Okazuje się, że roślina ta jest legendą: nie ma o niej wzmianki w dostępnych powszechnie źródłach. W poszukiwaniu intrygującej herbaty szczęścia, Szklarka udaje się zatem na Wyspę Sierot, gdzie, jak pamięta z czasów szkolnych, znajduje się bogato wyposażona biblioteka. Powrót do miejsca, które opuściła jako pełnoletnia kobieta, z nadzieją na wyzwolenie spod kurateli surowych instruktorek, okaże się punktem zwrotnym w życiu artystki:  Szklarka odkryje kilka tajemnic, w tym także sekret swojego serca.

Zaplanowana jako część cyklu zatytułowanego „Blask Corredo”, powieść jest sama w sobie intrygującą historią. Oddana lekkimi pociągnięciami pióra, które w trakcie czytania ujawniają przemyślany, misterny kompozycyjnie i konsekwentny plan całości. Jest to historia łącząca pierwiastki znanych legend, z których Autorka zbudowała bogaty, przejmujący obraz świata, rządzonego przez brak i pragnienie miłości. Liczne odwołania do legendarnych miejsc, roślin, sytuacji, Autorka łączy w powieści toposem Wybrańca. Jak zwykle w tego typu historiach, Bohaterem zostaje on dopiero po przejściu kilku ryzykownych prób. A to dopiero początek.

Może jest to kolejna powieściowa realizacja tego obrazu, ale z pewnością jest przekonująca. Napisana subtelnym piórem, zachwyciła mnie, dorosłą wielbicielkę baśni.  

Agnieszka Grzelak, Herbata szczęścia, t. 1 Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W Drodze, Poznań 2014.