sobota, 7 stycznia 2017

Na nowo. "Miniaturzystka" Jessie Burton

Nowy Rok jest jak nowy rozdział: trzeba go zacząć, żeby zrozumieć całość. Kochani Czytelnicy, w ostatnim czasie brakowało mi siły na opisywanie inspiracji płynących z czytanych książek. Czytałam, ale bez tej potwierdzonej znajomości z lekturą  ̶  wysłanej Wam w świat notatki, że warto, że trzeba, że można, że koniecznie należy sięgnąć po tę książkę, bo... Brakowało mi argumentów na lekkie i przystępne podsumowania przeczytanych tomów. Ostatnio zatęskniłam za możliwością podzielenia się wrażeniami z czytanych książek. Może najwyższy czas rozpocząć ten nowy rozdział?

Trudno, tak się zdarza, ale tę powieść przeczytałam z dwóch powodów: interesującego tytułu i pięknej okładki. Jak się przekonałam, było warto. Miniaturzystka zaintrygowała mnie do tego stopnia, że odwiedziłam Galerię Sztuki Dawnej w Muzeum Narodowym w Warszawie, aby wzmocnić kontekst czytelniczy i zobaczyć miejskie realia Europy XVII wieku. Część wystawy Miasto, przedstawiająca obywateli i ich instytucje, ratusz i cech oraz dom miejski i jego mieszkańców, pomogła mi jeszcze przedłużyć tę chwilę bycia w powieści i wzmocniła odmalowany w powieści obraz.

Miniaturzystka jest opowieścią o Petronelli Ooortman, osiemnastolatce, która pewnego dnia przybywa ze wsi do Amsterdamu, do swojego męża Johannesa, by zgodnie z tradycją, zostać panią jego domu. Dziewczyna od początku zostaje wystawiona na kilka prób. Najpierw przez swoją matkę, która swata ją z jednym z najbogatszych kupców XVII-wiecznego Amsterdamu i organizuje szybką ceremonię, bez nocy poślubnej dla nowożeńców. Wszystko po to, by jak najszybciej spłacić długi zaciągnięte przez męża, alkoholika i hazardzistę. Petronella po przyjeździe do Amsterdamu musi zmierzyć się ze swoją szwagierkę, która zdaje się władać niepodzielnie rezydencją nad kanałem Herengracht i nie zamierza rezygnować z przywileju bycia panią domu na rzecz jakieś prowincjuszki.  
Nowe życie i brak znajomości reguł postępowania wobec siostry męża i swobodnej w obejściu służby, jest początkiem dorastania Nelli, który to etap w niczym nie będzie przypominał przewidywalnego do tej pory dziewczęcego życia. O ile nieobecność męża daje się jakoś wytłumaczyć  prowadzonymi przez niego  na obu półkulach interesami, to już kompletny brak zainteresowania Johannesa  młodą żoną po powrocie jest niepokojący. Nella zwraca się zatem ku domowi, pomału zaczyna się z nim zaznajamiać i przekonuje się, że dom przy Herengracht  żyje własnym życiem. Pełen bogactwa, dzieł sztuki, unikatowych sprzętów , mogący się pochwalić obecnością wyedukowanego czarnoskórego służącego, dom staje się dla Nelli labiryntem, w którym porusza się po omacku. Aż do chwili, gdy mąż kupuje Nelli miniaturę domu i proponuje jej go wyposażyć. Nella odnajduje w mieście miniaturzystę i wysyła do niego list z prośbą o wykonanie figur i sprzętów do małego domku. Jednak zamówiona paczuszka zawiera znacznie więcej, niż Nella mogłaby sobie wyobrazić. Jej los ponownie przestaje być tylko i wyłącznie jej udziałem.


Przeglądałam się w tej powieści trochę jak w lustrze. Z powodu jej unikatowego klimatu, mogłabym ją nazwać manierystyczną, niderlandzką. Z jej wielowarstwowej konstrukcji estetycznej i poetyckiej wyłaniają się dylematy jednostki dotyczące wolnych wyborów i dorastania, wiary, nadziei, miłości i śmierci. Historie w Miniaturzystce, osnute wokół motywów "vanitas" są wzruszające. Zawierają też odblask świata, którego potęga odbija się nie tylko w płótnach Rembrandta, ale także Vermeera. Tak, na swoje potrzeby Miniaturzystkę umieszczę w kategorii powieść niderlandzka. Mam dla niej sąsiadkę: Tulipanową gorączkę Deborah Moggach.



Jesse Burton, Miniaturzystka przeł. Anna Sak, Kraków 2014

poniedziałek, 2 maja 2016

Marie-Morgane Le Moël "Cała prawda o Francuzkach"

 Oto lektura obowiązkowa dla wszystkich kobiet zafascynowanych Francją i paryskim szykiem – głosi notka na końcu książki. − W sumie od czasu do czasu przeżywam fascynację francuskim je ne sais quoi, więc kupiłam tę książkę i właściwie nie wiedziałam, czego się spodziewać po lekturze.

Cała prawda… zbudowana jest  z rozdziałów opatrzonych m.in. następującymi tytułami: „Żywot Marie, żywot Francuzki”, „Francuzki i polityka”, „Francuzki i społeczeństwo”, „Manewry miłosne”, „Jedzenie, moda i tak zwany francuski szyk”. Czytając je miałam wrażenie, jakbym czytała dobrze napisaną pracę magisterską, której Autorka bardzo rzetelnie przygotowała się do obalenia stereotypów dotyczących Francuzek, przywołując choćby argumenty wyniki badań Organizacji Współpracy Międzynarodowej i Rozwoju OECD Family Database z 2014 roku oraz Narodowego Instytutu Demograficznego INED z 2003 i 2013 roku.  

Przykłady, które czerpie ze statystyk, Le Moël umiejętnie podpiera funkcjonującymi w powszechnej świadomości stereotypami, dotyczącymi choćby liczby kochanków przeciętnej Francuzki, jej wagi, wzrostu, długości życia. Ten wyłaniający się z początkowego rozdziału portret nowoczesnej mieszkanki Francji jest dość przeciętny.
W trakcie czytania okazuje się, że nie w liczbach ale w jakości przerzuconego materiału (czy to partnerów seksualnych, ton materiałów i ubrań, czy jedzenia), tkwi sekret trwania stereotypu Francuzki jako kobiety tajemniczej, atrakcyjnej, wpływowej i wyzwolonej seksualnie. Czy nie takim widzimy znane nam Francuzki?

Autorka pracy poświęconej Francuzkom zmienia odcienie, którymi maluje portrety Francuzek: od czarno-białych akwafort, po klasyczne ujęcia, od niejednoznacznych stylistycznie artystek, jak Colette czy Simone de Beauvoir do znanych  ikon współczesnej kultury, jak Brigitte Bardot.  Pióro niewieście, którym Le Moël kreśli sylwetki mniej lub bardziej znanych nam Francuzek, jest lekkie i barwne. Le Moël wybiera sobie przykłady i argumenty na poparcie swoich tez. W jej książce rzeczywistość zmieniła się stereotyp, albo stereotyp pragnie doścignąć rzeczywistość.

Le Moël przypomniała mi historyczną rolę Francuzek, przywołała postaci, które tak cenię za ich styl życia, twórczość i konsekwencję.
Jednak zabrakło mi w tej analizie humoru, z jakim można by opisać ten mit francuskiej famme fatale. Autorka próbuje – zapewne dzięki dziennikarskiemu doświadczeniu jako australijska korespondentka miesięcznika „Le Monde” – zachować inną niż francuska perspektywę, ale nie do końca jej się to udaje. Z kart przeziera fascynacja kulturą Francji, a ujawniona prawda to tylko kolejny literacki gorset podtrzymujący stereotyp francuskiej kobiety.

Ale połknęłam  haczyk i przeczytałam książkę…

Marie-Morgane Le Moël, Cała prawda o Francuzkach przeł. Edyta Świerczyńska. Białystok 2016


Lauren Groff "Fatum i furia"

Siedmiowatówka będzie palić się przez jakiś czas: potem zostawię tylko lampkę – latarnię morską, zapaloną, oczywiście. Przed snem ta latarnia morska musi zawsze się palić przy łóżeczku Stasia. Dziś też się pali. Ktoś postawił przy wejściu do latarni, za jej rogiem, figurkę żołnierza. Wygląda, jakby czaił się na wroga. Otwarte drzwi do latarni dodatkowo go osłaniają.

Wieczór rozsiada się powoli, niech żołnierzyk poczeka. Mam do opisania cały interwał blogowej ciszy.
Powieść, która wyrwała mnie z krzykiem z przedwiosennego odrętwienia, to Fatum i furia Lauren Groff. Sięgnęłam po tę książkę z powodu jej arcyciekawej recenzji w punktach, na jaką natknęłam się w najnowszym magazynie „Książki”. Od razu wiedziałam, że ta powieść amerykańska to coś dla mnie.

Wyrafinowane opisy i surrealistyczny świat zauroczyły mnie. Świadomie odpłynęłam od światła latarni morskiej w kierunku mrocznej otchłani Oceanu Atlantyckiego, uderzającego o brzegi Florydy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Tęsknota za przeszłością bohaterów, przeszłością narratora, tradycją literacką, przebijające przez wiele poziomów powieściowej materii, wzbudziła mój czytelniczy apetyt, by pobawić się w odnajdywanie ich śladów. Okazało się, że autorka, Lauren Groff, liczy na czytelnika i nie podsuwa mu łatwych rozwiązań.

Temat powieści jest prosty – historia młodego człowieka, który odziedziczył fortunę po ojcu, był obdarzony talentem aktorskim i literackim, miał na imię Lancelot i spotkał w swoim życiu niezwykłą kobietę, Mathilde. Napotkana pewnego wieczoru na imprezie kobieta tak różniła się od znanych Lancelotowi przedstawicielek płci pięknej, że  natychmiast postanowił oświadczyć się  tajemniczej piękności.

I tu zaczyna się akcja:  związek Lancelota i Mathilde jest historią dwóch kompletnie oddalonych od siebie galaktyk osobowościowych, które przyciągają się… prawem przyciągania. Gdy próbowałam poskładać sobie fragmenty ich wspólnej historii, opowiadanej z dwóch różnych perspektyw, docierało do mnie, że subiektywność emocji odczuwania tej samej sytuacji (związek Lancelota i Mathilde), wyklucza zrozumienie drugiego człowieka. Intensywność subiektywnych emocji jednocześnie działa jak detonator, ponieważ tak mocno czuję, wyjdę Ci naprzeciw, żeby sprawdzić, jak Ty się czujesz. Czy tak samo? Czy bohaterowie kiedykolwiek próbowali wyjść sobie na przeciw, czy tylko mylnie odczytywali swoje sygnały, lub po prostu znali swoje potrzeby i działali jak automaty, by je zaspokoić?

Zastanawiałam się nad osobowością Lancelota, czytając o spędzonej przez niego młodości w internacie, jego fascynacji teatrem i Szekspirem, odkryciem własnej seksualności jako remedium na ból po stracie ojca i brak kontaktu z matką.

Śledziłam następnie mroczne sekrety Mathilde. Czy to jest jednak wszystko, co Mathilde-staruszka mogła opowiedzieć? Zaskakujące zwroty akcji w powieści sugerują, że femme fatale mogłaby dodać coś jeszcze.

Język tej powieści, który zafascynował mnie przecież w tłumaczeniu, jest ożywczy i wprowadza nową jakość do swojego gatunku. Odświeża XIX-wieczne tradycje poprzez grę z nimi.  Jest w tej zabawie trochę niewinności i trochę kokieterii: dzięki tym efektom, wymowa powieści jest głębsza i mieni się wieloznacznością. To powieść bez finału, za to z przesłaniem, które dla mnie brzmi tak: fatum i furia to dwie siły, zdolne pchać nas, samotnych, do szukania Świętego Graala i wiary w nieśmiertelność.

Lauren Groff, Fatum i furia tłum. Mateusz Borowski. Kraków 2016


sobota, 20 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Trzy młode pieśni"

Pierwsze zdania dobrych powieści to jedno. Ale końcowe są nie mniej ważne, a może nawet bardziej decydujące. Jak kropka dopełniająca sentencję, po której zostają emocje, pulsowanie myśli, często pytania, przypuszczenia, co mogłoby być dalej i czy Autor napisze kolejne części, bo nie można tak zostawić czytelnika…

Skończyłam Trzy młode pieśni  i czuję się samotna. Powieść uwiodła mnie całym bogactwem wątków: spójnych, dopracowanych, opierających się o historyczne realia i fakty, zinterpretowane w olśniewający dla czytelnika sposób. Trzy młode pieśni  poprzez zestrojenie głosów trzech bohaterów: rodzeństwa Bjorna i Gudrun oraz przyjaciela-drużynnika Bjorna – Ragnara − budują niezwykłą perspektywę dla swoich opowieści. Każdy z bohaterów snuje je oddzielnie, a strofy te układają się we wspólną pieśń.  Pieśni zresztą są niezwykle ważną częścią wszystkich powieści, Autorka „Północnej Drogi” z ogromną pieczołowitością zadbała o tłumaczenie staroskandynawskich strof i powierzyła im w powieściowym cyklu rolę tak samo ważną, jaką mają w tradycji i kulturze wikingów.

Wracając do powieści: trójka bohaterów opowiada w niej czasy swojego dzieciństwa i młodości, o czym opowiadała też Sigurn w swojej Sadze.  Trzy młode głosy w opisywanej historii z końca X wieku, są dodatkowymi źródłami, wzbogacającymi powieściowy świat, w którym odwagę cenią od życia wyżej nie tylko ludzie, ale i bogowie. Cena odwagi jest wysoka, a świat, w którym nie ma miejsca dla tchórzy i pozbawionych honoru ludzi, nie zna litości także dla swoich ulubieńców.  Gudrun, Bjorn i Ragnar są raz panami swego losu, a raz zabawkami w jego rękach. Podążają jednak nieuchronnie ku swojemu przeznaczeniu, a jest ono przewrotne wobec ról, jakie przygotowali dla nich rodzice i nieoczekiwane także dla samych bohaterów.


Rekonstrukcja wikińskiego świata zaproponowana przez Cherezińską jest przejmująca, zachwycająca, a zarazem przerażająca.  Echo tego świata, który istniał ponad 1000 lat temu odbija się w mojej głowie. Czuję je mocniej, niż rozumiem, obarczona doświadczeniem kolejnych, po wikińskiej, epok. Nie wiem, czy jestem mądrzejsza o dokonania następujących po sobie okresów… Z tym kulturowym posagiem, stojąc wobec świata Odyna i Frei – jestem rozdarta.

Trudny wybór... Na targu  w średniowiecznej osadzie na Bornholmie. Copyright 
© by Święty, Bornholm 2010

niedziela, 14 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Saga Sigrun"

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Pisałam już o swoich ulubionych pierwszych zdaniach książek, które czytałam. Saga Sigrun od pierwszych słów wprowadziła mnie w czasy wczesnego Średniowiecza na obrzeżach kiełkującej kultury chrześcijańskiej.

Pierwsza część cyklu „Północna Droga” rozpoczyna się w końcu X wieku w północnej Norwegii. Bohaterka powieści, Sigrun, jest jedyną córką zamożnego jarla Apalvaldra, który planuje dla swojej jedynaczki doskonały mariaż: przez połączenie ziem przyszłego zięcia i swoich, Apalvaldr pragnie umocnić więzi panów Północy w opozycji do króla Haralda II. Ukochana córka poddaje się woli ojca i zgadza się wyjść za mężczyznę, którego wybrał dla niej ojciec.

Wszystko układa się pomyślnie: Regin, wybraniec Apalvaldra, budzi w Sigrun serce i ciało. Dziewczyna zakochuje się z wzajemnością w wojowniku, który ma przed sobą przyszłość. Młodzi po ślubie planują zamieszkać w Namsen, posiadłości męża. Tam zaczyna się prawdziwa opowieść Sigrun, która wyszywając kolejne koszule dla swoich ukochanych, opowiada prawdziwą sagę o losie wikińskiej kobiety: twardej i wrażliwej. Kobiety odkrywającej siebie w różnych rolach dopiero podczas częstych nieobecności uwielbianego mężczyzny, a więc odnajdującej się w roli gospodyni grodu, reprezentantki jarla, przyjaciółki i pocieszycielki żon wojowników z drużyny swojego męża.  

Ta powieść jest dla mnie przykładem oswajania samotności kobiecej i nauki życia w cieniu wojownika, z którym na zawsze rozłącza śmierć. Północni bogowie nie byli, jak zdobywające wówczas powoli popularność chrześcijaństwo, łaskawi dla pośmiertnych spotkań  zakochanych w sobie śmiertelników.  Bezwzględnie rozdzielali tych, którzy zdobyli sobie sławę w boju, od ich żon i ukochanych córek. Dla tych ostatnich po śmierci pozostawała zimna i ciemna pustka Hel, w której spotykały się ze swoimi matkami i innymi bliskimi kobietami. Życie ziemskie powinno było więc być dla małżeństw, takich jak Sigrun i Regina, pełne szczęścia i radości, wobec nieuniknionego rozdzielenia, z którym tak trudno było wikińskim zakochanym kobietom się pogodzić. A godziły się na wiele: na rozstania w czasie wypraw i życie w ciągłym niepokoju o swoich mężczyzn.

Stworzona przez Cherezińską postać Sigrun reprezentuje pewien archetyp kobiety kultury skandynawskiej: Sigrun jest kochanką i matką, gospodynią i żoną jarla, w powieści wykreowana jest niczym Freya. Przemyślenia, które jej towarzyszą, współgrają z widokami fiordów, zarysem łąk z rodzinnego Roveste, odbijają się w blasku oczu ukochanego Regina. Sigrun jest jak książka, w której motywem przewodnim jest miłość wraz z jej odcieniami poszukiwania, namiętności, zrozumienia, oddania i wreszcie – pogodzenia się z losem.


Cherezińskiej udało się użyczyć głosu kobiecie sprzed wieków tak sugestywnie, że nie potrafiłam przestać myśleć o intensywności kobiecej wspólnoty doświadczeń, rozpiętej niczym most, między wiekami. Muszę też przyznać, że mimo znajomości tradycji kultury wikińskiej, dałam się zaskoczyć niektórym jej opisom: wstrząsnęło mną zwłaszcza okrucieństwo północnych obyczajów towarzyszących rytuałowi odejścia. 

Czekam, na chwile wolnego, by usiąść do czytania kolejnych części „Północnej Drogi”: Ja jestem Haldred, Pasja według Einara i Trzy młode pieśni.


Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Bornholm 2010

piątek, 5 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Korona ze śniegu i krwi", "Niewidzialna korona", "Gra w kości"

Ten rok zaczął się pod znakiem mocnych lektur. Ponieważ ostatnie miesiące spędzałam na oswajaniu pustki po zmarłych bliskich, potrzebowałam książki, która wytnie mnie na chwilę z otępienia. Pewnego dnia weszłam do księgarni i kupiłam Koronę śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej. Trafiło mnie mocno.

Ta powieść zwróciła mi dziedzictwo Słowian. Zawsze zazdrościłam Irlandczykom ich kultury celtyckiej, tak pieczołowicie pielęgnowanej nawet w inkunabułach chrześcijańskich, w najdrobniejszych szczegółach wtopionej w chrześcijańską wiarę. Zawsze zachwycała mnie żywotność kultury celtyckiej, nośność jej okruchów, z których artyści potrafili wydobyć jej charakterystyczne piękno. Czułam, że Słowianie też zasługują na godną recepcję swojego świata… Dlatego romantyzm z ich zapatrzeniem w przeszłość słowiańską zawsze mnie pociągał, czułam, że rozumiem tę romantyczną fascynację ludowością, która na gruncie słowiańskim oznacza – w skrócie – szukanie śladów kultury z twarzą Swaroga.
Dzięki Koronie śniegu i krwi poczułam się na całkowicie tożsama ze sobą. Zrozumiałam, że jestem córką świata, który  - ożywiony siłą wyobraźni Autorki – mógł się tak przejawiać. To żywa, barwna wizja. Zachwycająca.  

Cherezińska podejmując temat zjednoczenia po rozbiciu dzielnicowym w XIII wieku, dokonała sugestywnej rekonstrukcji ówczesnego universum z jego średniowiecznym duchem. To wyjątkowo udana rekonstrukcja. Polityczne, militarne i geograficzne realia plus historyczne postaci, których los znamy, a jednak czytamy o nich z zapartym tchem. Postać Przemysła II to prawdziwy majstersztyk, tak samo jak arcybiskupa Jakuba Świnki, Świętej Kingi, czy Leszka Czarnego. Udały się Cherezińskiej Słowianki: Jemioła, Kalina – zarysowane niczym rusałki, jednak wyposażone w konkretne pragnienia, dla których realizacji potrzeba nie tylko miecza, ale i magii… Tej nie brak w powieści i, co ciekawe, budzi w czytelniku nie tyle niepokój, co ciekawość: – „Jak – to one tak to mogły robić?!” Poczucie humoru wielokrotnie towarzyszy cuda czyniącym, czy też tym, którzy doświadczają objawień. Ludyczność i wysokie rejestry stylowe w połączeniu z arturiańskimi balladami, śpiewanymi na dworze u Henryka Wrocławskiego – znakomita uczta czytelnicza. Siedemset stron bez wytchnienia przez trzy dni.

Święty zakazał mi kupowania książek powyżej 100 stron… Z powodu mojego całkowitego zaangażowania czytelniczego, uniemożliwiającego mu jakikolwiek kontakt ze mną, w trakcie pochłaniania Korony, oraz z dbałości o wytrzymałość naszych regałów. Nie skomentował werbalnie zakupu Niewidzialnej korony, którą po prostu musiałam mieć. I która połknęłam równie szybko, jak Koronę ze śniegu i krwi.

Niewidzialna mniej przypomina Braveheart, z pewnością dlatego, iż jej bohaterem nie jest żaden piękny, utalentowany i namiętny Piast, ale… niepozornego wzrostu Władysław Łokietek. Żaden z niego heros – temat do pieśni. A jednak w miarę rozwoju powieści, zyskuje on sympatię i wiarę czytelnika, że poradzi sobie "Władek"z tym zjednoczeniem podzielonych ziem polskich. Fantastycznie poprowadzona postać. Na dokładkę mamy tam losy bohaterów z „Korony śniegu i krwi”. Dobrze, bo nie mogłabym rozstać się z nimi po tamtej epickiej, porywającej, tragicznej historii.
Dodatkowo losy rodu Zarembów, zawikłane i pełen tajemnic. Myślałam o Łokietku, podczas czytania: Czy to czasy na jego miarę nie były, czy on nie był człowiekiem na miarę swoich czasów? Historia sprzed 700 last z górą, a pytania takie rodzi. 

W międzyczasie podczytywałam Grę w kości o Świętym Wojciechu, Ottonie I i Bolesławie Chrobrym. Surowa ta powieść w porównaniu do utkanego niczym barwny kilim świata Przemysła II i Władysława Łokietka. Główny wątek Gry w kości to polityczna walka o prymat nad całym ówczesnym światem chrześcijańskim, w której Bolesław Chrobry staje się ważnym graczem. Ta książka podrapała mnie chyba najmocniej spośród tych trzech przeczytanych, podejmujących wątki historii piastowskich. Nie wiem, dlaczego. 
Poczekam na Wasze opinie...

poniedziałek, 26 października 2015

Eileen Chang "Czerwona róża, biała róża"

Na czym powinno opierać się klasyczne studium rośliny zwanej różą? Z pewnością na jak najdokładniejszym opisie jej charakterystycznych cech zewnętrznych, analizie jej właściwości, definicji ekosystemu, w którym można ją spotkać… W języku botaniki wszystkie zachwycające cechy róży byłyby sklasyfikowane. W drodze konieczności opisu gatunku, jakim jest róża, pozostałaby jedną z wielu wytworów natury, urodzona w jej ogrodzie, dla swojego przeznaczenia − by być różą…

Powściągliwość Autorki opowiadań Czerwona róża, biała róża może być równa transparentnemu językowi nauki.  Przejrzysty styl prozy, jakim włada Eileen Chang,  bezlitośnie odsłania obrazki z życia kobiet szanghajskiej średniej klasy w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Umiarkowanie, z jakim Chang odmalowuje ślady uczuć w codzienności małżeńskiej czy ich zacieranie, jest tym bardziej przejmujące, im cichsze. Pozbawione ozdób, skoncentrowane na oddaniu szczegółu, jak kolor podłogi w poczekalni w salonie masażu, czy materiał zasłon w pokoju bohaterki. Jest w tym melancholia, która jest słodka i bolesna, i którą odczuwa się najmocniej, patrząc na październikowe ostre słońce. Konieczność istnienia pewnych domowych przedmiotów wobec październikowej zadumy, jest w jakiś sposób mocniejsza, trwalsza, niewzruszona, nieśmiertelna.  Przedmioty zostają, nawet jeśli spadają liście. Nie dostrzegłabym jednego bez drugiego.

Eileen Chang potrafi pisać o nieuniknionych siłach losu i historii, determinujących i tak już skomplikowany świat kobiecych emocji. Jednym z najsilniej eksponowanych przez nią wątków literacko nośnych, jest siła hierarchii społeczeństwa chińskiego, niezniszczalnego systemu, wyznaczającego rytm życia pokoleń kobiet i mężczyzn, urodzonych dla swojego przeznaczenia.  Z hierarchii Eileen czyni bohaterkę opowiadań i definiuje ją po pierwsze jako spadkobierczyni elitarnych tradycji rodzinnych, a więc jako dziedziczka hierarchii, a równocześnie jako świadoma idei emancypacji artystka. To wyjątkowa perspektywa, dzięki której niełatwo opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Opozycje, pozornie łatwe, w prozie Eileen Chang ukazują wiele odcieni szarości. Niełatwo wybrać pomiędzy białą a czerwoną różą. Każdy wybór będzie oznaczał przyjęcie odpowiedzialności i gotowość do przyjęcia losu, podążania ścieżką, która otwiera się przed nami.

Bierność czy wzięcie losu we własne ręce? Ach, co to obchodzi różę…

Eileen Chang, Czerwona róża, biała róża. Przeł. Katarzyna Kulpa. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009