poniedziałek, 2 maja 2016

Lauren Groff "Fatum i furia"

Siedmiowatówka będzie palić się przez jakiś czas: potem zostawię tylko lampkę – latarnię morską, zapaloną, oczywiście. Przed snem ta latarnia morska musi zawsze się palić przy łóżeczku Stasia. Dziś też się pali. Ktoś postawił przy wejściu do latarni, za jej rogiem, figurkę żołnierza. Wygląda, jakby czaił się na wroga. Otwarte drzwi do latarni dodatkowo go osłaniają.

Wieczór rozsiada się powoli, niech żołnierzyk poczeka. Mam do opisania cały interwał blogowej ciszy.
Powieść, która wyrwała mnie z krzykiem z przedwiosennego odrętwienia, to Fatum i furia Lauren Groff. Sięgnęłam po tę książkę z powodu jej arcyciekawej recenzji w punktach, na jaką natknęłam się w najnowszym magazynie „Książki”. Od razu wiedziałam, że ta powieść amerykańska to coś dla mnie.

Wyrafinowane opisy i surrealistyczny świat zauroczyły mnie. Świadomie odpłynęłam od światła latarni morskiej w kierunku mrocznej otchłani Oceanu Atlantyckiego, uderzającego o brzegi Florydy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Tęsknota za przeszłością bohaterów, przeszłością narratora, tradycją literacką, przebijające przez wiele poziomów powieściowej materii, wzbudziła mój czytelniczy apetyt, by pobawić się w odnajdywanie ich śladów. Okazało się, że autorka, Lauren Groff, liczy na czytelnika i nie podsuwa mu łatwych rozwiązań.

Temat powieści jest prosty – historia młodego człowieka, który odziedziczył fortunę po ojcu, był obdarzony talentem aktorskim i literackim, miał na imię Lancelot i spotkał w swoim życiu niezwykłą kobietę, Mathilde. Napotkana pewnego wieczoru na imprezie kobieta tak różniła się od znanych Lancelotowi przedstawicielek płci pięknej, że  natychmiast postanowił oświadczyć się  tajemniczej piękności.

I tu zaczyna się akcja:  związek Lancelota i Mathilde jest historią dwóch kompletnie oddalonych od siebie galaktyk osobowościowych, które przyciągają się… prawem przyciągania. Gdy próbowałam poskładać sobie fragmenty ich wspólnej historii, opowiadanej z dwóch różnych perspektyw, docierało do mnie, że subiektywność emocji odczuwania tej samej sytuacji (związek Lancelota i Mathilde), wyklucza zrozumienie drugiego człowieka. Intensywność subiektywnych emocji jednocześnie działa jak detonator, ponieważ tak mocno czuję, wyjdę Ci naprzeciw, żeby sprawdzić, jak Ty się czujesz. Czy tak samo? Czy bohaterowie kiedykolwiek próbowali wyjść sobie na przeciw, czy tylko mylnie odczytywali swoje sygnały, lub po prostu znali swoje potrzeby i działali jak automaty, by je zaspokoić?

Zastanawiałam się nad osobowością Lancelota, czytając o spędzonej przez niego młodości w internacie, jego fascynacji teatrem i Szekspirem, odkryciem własnej seksualności jako remedium na ból po stracie ojca i brak kontaktu z matką.

Śledziłam następnie mroczne sekrety Mathilde. Czy to jest jednak wszystko, co Mathilde-staruszka mogła opowiedzieć? Zaskakujące zwroty akcji w powieści sugerują, że femme fatale mogłaby dodać coś jeszcze.

Język tej powieści, który zafascynował mnie przecież w tłumaczeniu, jest ożywczy i wprowadza nową jakość do swojego gatunku. Odświeża XIX-wieczne tradycje poprzez grę z nimi.  Jest w tej zabawie trochę niewinności i trochę kokieterii: dzięki tym efektom, wymowa powieści jest głębsza i mieni się wieloznacznością. To powieść bez finału, za to z przesłaniem, które dla mnie brzmi tak: fatum i furia to dwie siły, zdolne pchać nas, samotnych, do szukania Świętego Graala i wiary w nieśmiertelność.

Lauren Groff, Fatum i furia tłum. Mateusz Borowski. Kraków 2016


sobota, 20 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Trzy młode pieśni"

Pierwsze zdania dobrych powieści to jedno. Ale końcowe są nie mniej ważne, a może nawet bardziej decydujące. Jak kropka dopełniająca sentencję, po której zostają emocje, pulsowanie myśli, często pytania, przypuszczenia, co mogłoby być dalej i czy Autor napisze kolejne części, bo nie można tak zostawić czytelnika…

Skończyłam Trzy młode pieśni  i czuję się samotna. Powieść uwiodła mnie całym bogactwem wątków: spójnych, dopracowanych, opierających się o historyczne realia i fakty, zinterpretowane w olśniewający dla czytelnika sposób. Trzy młode pieśni  poprzez zestrojenie głosów trzech bohaterów: rodzeństwa Bjorna i Gudrun oraz przyjaciela-drużynnika Bjorna – Ragnara − budują niezwykłą perspektywę dla swoich opowieści. Każdy z bohaterów snuje je oddzielnie, a strofy te układają się we wspólną pieśń.  Pieśni zresztą są niezwykle ważną częścią wszystkich powieści, Autorka „Północnej Drogi” z ogromną pieczołowitością zadbała o tłumaczenie staroskandynawskich strof i powierzyła im w powieściowym cyklu rolę tak samo ważną, jaką mają w tradycji i kulturze wikingów.

Wracając do powieści: trójka bohaterów opowiada w niej czasy swojego dzieciństwa i młodości, o czym opowiadała też Sigurn w swojej Sadze.  Trzy młode głosy w opisywanej historii z końca X wieku, są dodatkowymi źródłami, wzbogacającymi powieściowy świat, w którym odwagę cenią od życia wyżej nie tylko ludzie, ale i bogowie. Cena odwagi jest wysoka, a świat, w którym nie ma miejsca dla tchórzy i pozbawionych honoru ludzi, nie zna litości także dla swoich ulubieńców.  Gudrun, Bjorn i Ragnar są raz panami swego losu, a raz zabawkami w jego rękach. Podążają jednak nieuchronnie ku swojemu przeznaczeniu, a jest ono przewrotne wobec ról, jakie przygotowali dla nich rodzice i nieoczekiwane także dla samych bohaterów.


Rekonstrukcja wikińskiego świata zaproponowana przez Cherezińską jest przejmująca, zachwycająca, a zarazem przerażająca.  Echo tego świata, który istniał ponad 1000 lat temu odbija się w mojej głowie. Czuję je mocniej, niż rozumiem, obarczona doświadczeniem kolejnych, po wikińskiej, epok. Nie wiem, czy jestem mądrzejsza o dokonania następujących po sobie okresów… Z tym kulturowym posagiem, stojąc wobec świata Odyna i Frei – jestem rozdarta.

Trudny wybór... Na targu  w średniowiecznej osadzie na Bornholmie. Copyright 
© by Święty, Bornholm 2010

niedziela, 14 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Saga Sigrun"

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Pisałam już o swoich ulubionych pierwszych zdaniach książek, które czytałam. Saga Sigrun od pierwszych słów wprowadziła mnie w czasy wczesnego Średniowiecza na obrzeżach kiełkującej kultury chrześcijańskiej.

Pierwsza część cyklu „Północna Droga” rozpoczyna się w końcu X wieku w północnej Norwegii. Bohaterka powieści, Sigrun, jest jedyną córką zamożnego jarla Apalvaldra, który planuje dla swojej jedynaczki doskonały mariaż: przez połączenie ziem przyszłego zięcia i swoich, Apalvaldr pragnie umocnić więzi panów Północy w opozycji do króla Haralda II. Ukochana córka poddaje się woli ojca i zgadza się wyjść za mężczyznę, którego wybrał dla niej ojciec.

Wszystko układa się pomyślnie: Regin, wybraniec Apalvaldra, budzi w Sigrun serce i ciało. Dziewczyna zakochuje się z wzajemnością w wojowniku, który ma przed sobą przyszłość. Młodzi po ślubie planują zamieszkać w Namsen, posiadłości męża. Tam zaczyna się prawdziwa opowieść Sigrun, która wyszywając kolejne koszule dla swoich ukochanych, opowiada prawdziwą sagę o losie wikińskiej kobiety: twardej i wrażliwej. Kobiety odkrywającej siebie w różnych rolach dopiero podczas częstych nieobecności uwielbianego mężczyzny, a więc odnajdującej się w roli gospodyni grodu, reprezentantki jarla, przyjaciółki i pocieszycielki żon wojowników z drużyny swojego męża.  

Ta powieść jest dla mnie przykładem oswajania samotności kobiecej i nauki życia w cieniu wojownika, z którym na zawsze rozłącza śmierć. Północni bogowie nie byli, jak zdobywające wówczas powoli popularność chrześcijaństwo, łaskawi dla pośmiertnych spotkań  zakochanych w sobie śmiertelników.  Bezwzględnie rozdzielali tych, którzy zdobyli sobie sławę w boju, od ich żon i ukochanych córek. Dla tych ostatnich po śmierci pozostawała zimna i ciemna pustka Hel, w której spotykały się ze swoimi matkami i innymi bliskimi kobietami. Życie ziemskie powinno było więc być dla małżeństw, takich jak Sigrun i Regina, pełne szczęścia i radości, wobec nieuniknionego rozdzielenia, z którym tak trudno było wikińskim zakochanym kobietom się pogodzić. A godziły się na wiele: na rozstania w czasie wypraw i życie w ciągłym niepokoju o swoich mężczyzn.

Stworzona przez Cherezińską postać Sigrun reprezentuje pewien archetyp kobiety kultury skandynawskiej: Sigrun jest kochanką i matką, gospodynią i żoną jarla, w powieści wykreowana jest niczym Freya. Przemyślenia, które jej towarzyszą, współgrają z widokami fiordów, zarysem łąk z rodzinnego Roveste, odbijają się w blasku oczu ukochanego Regina. Sigrun jest jak książka, w której motywem przewodnim jest miłość wraz z jej odcieniami poszukiwania, namiętności, zrozumienia, oddania i wreszcie – pogodzenia się z losem.


Cherezińskiej udało się użyczyć głosu kobiecie sprzed wieków tak sugestywnie, że nie potrafiłam przestać myśleć o intensywności kobiecej wspólnoty doświadczeń, rozpiętej niczym most, między wiekami. Muszę też przyznać, że mimo znajomości tradycji kultury wikińskiej, dałam się zaskoczyć niektórym jej opisom: wstrząsnęło mną zwłaszcza okrucieństwo północnych obyczajów towarzyszących rytuałowi odejścia. 

Czekam, na chwile wolnego, by usiąść do czytania kolejnych części „Północnej Drogi”: Ja jestem Haldred, Pasja według Einara i Trzy młode pieśni.


Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Jomsborg 2008

Copyright © by Święty, Bornholm 2010

piątek, 5 lutego 2016

Elżbieta Cherezińska "Korona ze śniegu i krwi", "Niewidzialna korona", "Gra w kości"

Ten rok zaczął się pod znakiem mocnych lektur. Ponieważ ostatnie miesiące spędzałam na oswajaniu pustki po zmarłych bliskich, potrzebowałam książki, która wytnie mnie na chwilę z otępienia. Pewnego dnia weszłam do księgarni i kupiłam Koronę śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej. Trafiło mnie mocno.

Ta powieść zwróciła mi dziedzictwo Słowian. Zawsze zazdrościłam Irlandczykom ich kultury celtyckiej, tak pieczołowicie pielęgnowanej nawet w inkunabułach chrześcijańskich, w najdrobniejszych szczegółach wtopionej w chrześcijańską wiarę. Zawsze zachwycała mnie żywotność kultury celtyckiej, nośność jej okruchów, z których artyści potrafili wydobyć jej charakterystyczne piękno. Czułam, że Słowianie też zasługują na godną recepcję swojego świata… Dlatego romantyzm z ich zapatrzeniem w przeszłość słowiańską zawsze mnie pociągał, czułam, że rozumiem tę romantyczną fascynację ludowością, która na gruncie słowiańskim oznacza – w skrócie – szukanie śladów kultury z twarzą Swaroga.
Dzięki Koronie śniegu i krwi poczułam się na całkowicie tożsama ze sobą. Zrozumiałam, że jestem córką świata, który  - ożywiony siłą wyobraźni Autorki – mógł się tak przejawiać. To żywa, barwna wizja. Zachwycająca.  

Cherezińska podejmując temat zjednoczenia po rozbiciu dzielnicowym w XIII wieku, dokonała sugestywnej rekonstrukcji ówczesnego universum z jego średniowiecznym duchem. To wyjątkowo udana rekonstrukcja. Polityczne, militarne i geograficzne realia plus historyczne postaci, których los znamy, a jednak czytamy o nich z zapartym tchem. Postać Przemysła II to prawdziwy majstersztyk, tak samo jak arcybiskupa Jakuba Świnki, Świętej Kingi, czy Leszka Czarnego. Udały się Cherezińskiej Słowianki: Jemioła, Kalina – zarysowane niczym rusałki, jednak wyposażone w konkretne pragnienia, dla których realizacji potrzeba nie tylko miecza, ale i magii… Tej nie brak w powieści i, co ciekawe, budzi w czytelniku nie tyle niepokój, co ciekawość: – „Jak – to one tak to mogły robić?!” Poczucie humoru wielokrotnie towarzyszy cuda czyniącym, czy też tym, którzy doświadczają objawień. Ludyczność i wysokie rejestry stylowe w połączeniu z arturiańskimi balladami, śpiewanymi na dworze u Henryka Wrocławskiego – znakomita uczta czytelnicza. Siedemset stron bez wytchnienia przez trzy dni.

Święty zakazał mi kupowania książek powyżej 100 stron… Z powodu mojego całkowitego zaangażowania czytelniczego, uniemożliwiającego mu jakikolwiek kontakt ze mną, w trakcie pochłaniania Korony, oraz z dbałości o wytrzymałość naszych regałów. Nie skomentował werbalnie zakupu Niewidzialnej korony, którą po prostu musiałam mieć. I która połknęłam równie szybko, jak Koronę ze śniegu i krwi.

Niewidzialna mniej przypomina Braveheart, z pewnością dlatego, iż jej bohaterem nie jest żaden piękny, utalentowany i namiętny Piast, ale… niepozornego wzrostu Władysław Łokietek. Żaden z niego heros – temat do pieśni. A jednak w miarę rozwoju powieści, zyskuje on sympatię i wiarę czytelnika, że poradzi sobie "Władek"z tym zjednoczeniem podzielonych ziem polskich. Fantastycznie poprowadzona postać. Na dokładkę mamy tam losy bohaterów z „Korony śniegu i krwi”. Dobrze, bo nie mogłabym rozstać się z nimi po tamtej epickiej, porywającej, tragicznej historii.
Dodatkowo losy rodu Zarembów, zawikłane i pełen tajemnic. Myślałam o Łokietku, podczas czytania: Czy to czasy na jego miarę nie były, czy on nie był człowiekiem na miarę swoich czasów? Historia sprzed 700 last z górą, a pytania takie rodzi. 

W międzyczasie podczytywałam Grę w kości o Świętym Wojciechu, Ottonie I i Bolesławie Chrobrym. Surowa ta powieść w porównaniu do utkanego niczym barwny kilim świata Przemysła II i Władysława Łokietka. Główny wątek Gry w kości to polityczna walka o prymat nad całym ówczesnym światem chrześcijańskim, w której Bolesław Chrobry staje się ważnym graczem. Ta książka podrapała mnie chyba najmocniej spośród tych trzech przeczytanych, podejmujących wątki historii piastowskich. Nie wiem, dlaczego. 
Poczekam na Wasze opinie...

poniedziałek, 26 października 2015

Eileen Chang "Czerwona róża, biała róża"

Na czym powinno opierać się klasyczne studium rośliny zwanej różą? Z pewnością na jak najdokładniejszym opisie jej charakterystycznych cech zewnętrznych, analizie jej właściwości, definicji ekosystemu, w którym można ją spotkać… W języku botaniki wszystkie zachwycające cechy róży byłyby sklasyfikowane. W drodze konieczności opisu gatunku, jakim jest róża, pozostałaby jedną z wielu wytworów natury, urodzona w jej ogrodzie, dla swojego przeznaczenia − by być różą…

Powściągliwość Autorki opowiadań Czerwona róża, biała róża może być równa transparentnemu językowi nauki.  Przejrzysty styl prozy, jakim włada Eileen Chang,  bezlitośnie odsłania obrazki z życia kobiet szanghajskiej średniej klasy w latach czterdziestych ubiegłego wieku. Umiarkowanie, z jakim Chang odmalowuje ślady uczuć w codzienności małżeńskiej czy ich zacieranie, jest tym bardziej przejmujące, im cichsze. Pozbawione ozdób, skoncentrowane na oddaniu szczegółu, jak kolor podłogi w poczekalni w salonie masażu, czy materiał zasłon w pokoju bohaterki. Jest w tym melancholia, która jest słodka i bolesna, i którą odczuwa się najmocniej, patrząc na październikowe ostre słońce. Konieczność istnienia pewnych domowych przedmiotów wobec październikowej zadumy, jest w jakiś sposób mocniejsza, trwalsza, niewzruszona, nieśmiertelna.  Przedmioty zostają, nawet jeśli spadają liście. Nie dostrzegłabym jednego bez drugiego.

Eileen Chang potrafi pisać o nieuniknionych siłach losu i historii, determinujących i tak już skomplikowany świat kobiecych emocji. Jednym z najsilniej eksponowanych przez nią wątków literacko nośnych, jest siła hierarchii społeczeństwa chińskiego, niezniszczalnego systemu, wyznaczającego rytm życia pokoleń kobiet i mężczyzn, urodzonych dla swojego przeznaczenia.  Z hierarchii Eileen czyni bohaterkę opowiadań i definiuje ją po pierwsze jako spadkobierczyni elitarnych tradycji rodzinnych, a więc jako dziedziczka hierarchii, a równocześnie jako świadoma idei emancypacji artystka. To wyjątkowa perspektywa, dzięki której niełatwo opowiedzieć się po którejkolwiek ze stron. Opozycje, pozornie łatwe, w prozie Eileen Chang ukazują wiele odcieni szarości. Niełatwo wybrać pomiędzy białą a czerwoną różą. Każdy wybór będzie oznaczał przyjęcie odpowiedzialności i gotowość do przyjęcia losu, podążania ścieżką, która otwiera się przed nami.

Bierność czy wzięcie losu we własne ręce? Ach, co to obchodzi różę…

Eileen Chang, Czerwona róża, biała róża. Przeł. Katarzyna Kulpa. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009



środa, 14 października 2015

Agnieszka Grzelak "Herbata szczęścia"

Nigdy nie wyrosłam z pragnienia czytania i słuchania baśni. Z czasem sama zaczęłam je opowiadać, zmieniając zakończenia i fabuły, a czasem imiona bohaterów znanych historii. Chyba dlatego tak lubię gatunek fantasy i zabawy literackie, uprawiane przez pisarzy tego gatunku.

Ostatnio czytałam Herbatę szczęścia, powieść fantasy dla młodych czytelników, opisującą perypetie utalentowanej malarki, potrafiącej wyczarować na szkle przepiękne florystyczne wzory. Szklarka, nazwana tak z powodu swojej profesji, szlifowała swoje umiejętności na Wyspie Sierot, w żeńskiej szkole z internatem. Młoda dziewczyna była wychowywana na samotną artystkę, podobnie jak reszta dziewcząt spędzająca w szkole czas na odkrywaniu i pielęgnowaniu swoich różnorodnych talentów. Losy artystek po ukończeniu elitarnej szkoły były bardzo podobne: każda z absolwentek odpływała na stały ląd i tam wiodła ustabilizowane, dostatnie, choć samotne życie. Wychowanice z Wyspy Sierot cieszyły się uznaniem wśród zatrudniających je na rozmaite wysokopłatne zlecenia królów, książąt i przeróżnych bogaczy-amatorów. Otaczała je aura tajemniczości: artystki z Wyspy Sierot nigdy nie ujawniały sekretów dotyczących swojej edukacji, szkolnych zwyczajów, czy swoich instruktorek. Wzbudzały tym samym wśród ludzi  ciekawość i obawę. 

Szklarka pewnego razu dostaje zlecenie namalowania na szkle rośliny o nazwie herbata szczęścia. Okazuje się, że roślina ta jest legendą: nie ma o niej wzmianki w dostępnych powszechnie źródłach. W poszukiwaniu intrygującej herbaty szczęścia, Szklarka udaje się zatem na Wyspę Sierot, gdzie, jak pamięta z czasów szkolnych, znajduje się bogato wyposażona biblioteka. Powrót do miejsca, które opuściła jako pełnoletnia kobieta, z nadzieją na wyzwolenie spod kurateli surowych instruktorek, okaże się punktem zwrotnym w życiu artystki:  Szklarka odkryje kilka tajemnic, w tym także sekret swojego serca.

Zaplanowana jako część cyklu zatytułowanego „Blask Corredo”, powieść jest sama w sobie intrygującą historią. Oddana lekkimi pociągnięciami pióra, które w trakcie czytania ujawniają przemyślany, misterny kompozycyjnie i konsekwentny plan całości. Jest to historia łącząca pierwiastki znanych legend, z których Autorka zbudowała bogaty, przejmujący obraz świata, rządzonego przez brak i pragnienie miłości. Liczne odwołania do legendarnych miejsc, roślin, sytuacji, Autorka łączy w powieści toposem Wybrańca. Jak zwykle w tego typu historiach, Bohaterem zostaje on dopiero po przejściu kilku ryzykownych prób. A to dopiero początek.

Może jest to kolejna powieściowa realizacja tego obrazu, ale z pewnością jest przekonująca. Napisana subtelnym piórem, zachwyciła mnie, dorosłą wielbicielkę baśni.  

Agnieszka Grzelak, Herbata szczęścia, t. 1 Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W Drodze, Poznań 2014. 


środa, 7 października 2015

Chcemy wiedzieć o śmierci

Kolejna jesień i kolejne rozstanie, którego przecież nieuchronności była pewna. Jednak zaskoczyło mnie i nie potrafię się odnaleźć w oślepiającym początku października. Nie byłam przygotowana na odejście bliskiej osoby.

Każdego roku z nadejściem jesieni zapadam się w siebie i chcę tak przetrwać agonię liści, nawałnice białych obłoków, mocne ostre światło, które wybija mnie na biegun zimna. Tegoroczna jesień przyniosła znów śmierć, a ja okazałam się bezradna wobec jej nieuchronności, bezsilna wobec pustki, którą niesie.

Szukałam przyjaznych książek, które dodałyby mi otuchy. Znalazłam maleńki tomik zatytułowany „O śmierci” autorstwa Emmanuelle Huisman-Perrin, wydany w serii „Chcemy wiedzieć”. Tematyka odejścia jest tutaj zaprezentowana w formie rozmowy autorki z jedenastoletnią córką. Matka delikatnie zaczyna zachęcać córkę do podjęcia rozmowy o śmierci. Przywołuje mit o Orfeuszu i Eurydyce. Przypomina tradycje żałobne starożytnego Egiptu oraz kultur z różnych zakątków świata. Dotyka tematu nieuleczalnych chorób, eutanazji. 
Po lekturze tego tomiku zrozumiałam, jak bardzo brakuje mi rozmów o odejściach bez powrotu i jak mocna jest samotność, doświadczana w obliczu śmierci.  Pogodzenie się ze swoją śmiertelnością wymaga wiary w duchowy wymiar rzeczywistości. To przekonanie, niezależnie od wyjaśniającej go doktryny, nadaje sens śmierci. A jednak trudno mi to teraz pojąć, mając za sobą wykształcenie uniwersyteckie i znajomość mitów i tradycji kultur... 


Seria „Chcemy wiedzieć”, jak głosi notatka na okładce, jest przeznaczona dla młodzieży, a także dla dorosłych, którzy chcą swoim dzieciom odpowiedzieć na trudne pytania.  Poczułam się nieco na marginesie czytelniczym odbiorców publikacji. Dla dorosłych są inne "pocieszki" w przypadku emocjonalnego zachwiania równowagi po odejściu  bliskiej osoby. Tym razem nie sięgnęłam po nie, ani też po żadne naukowe rozprawy, wiersze, ani powieści dla dorosłych. Pozwoliłam się, jak dziecko, wziąć za rękę. 

Emmanuelle Huisman-Perrin, O śmierci. Przeł. Maryna Ochab. Warszawa 2008.