niedziela, 8 lutego 2015
Marek Wałkuski "Ameryka po kaWałku"
Jak
się ma Miss Ameryka? Lepiej być nie może – odpowiada
Marek Wałkuski, dziennikarz Polskiego Radia. Marek od dwunastu lat mieszka w
Stanach i – jako korespondent radiowej Trójki – niestrudzenie opowiada i pisze
o USA. W swojej najnowszej książce Ameryka
po kaWałku, stara się pokazać zróżnicowany charakter rozległego obszaru
Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
Udaje
mu się przyciągnąć potencjalnego czytelnika samym tytułem. „KaWałek” to kalambur,
za którym ukrywa się dziennikarz, pragnący częściowo opisać kraj, w którym, jak
powszechnie się sądzi, dobrze się
mieszka i robi zakupy. Ale nie tylko. Marek Wałkuski przedstawia czytelnikowi
najróżniejsze aspekty życia w Stanach, próbuje pokazać, jak wygląda normalne
życie w Ameryce z perspektywy zarówno dziennikarza, jak i zwykłego mieszkańca.
Książka
podzielona jest na sześć kawałków. Są one zatytułowane następująco:
Kawałek
wstępu
Kawałek
pierwszy. Wygoda po amerykańsku
Kawałek
drugi. Made in USA
Kawałek
trzeci. Między nami Amerykanami
Kawałek
czwarty. Widokówki z Ameryki
Kawałek
piąty. Przyjemne stany
Kawałek
szósty. Rzeczy ostateczne albo prawie ostateczne
Poszczególne
kawałki opatrzone są znakomitymi ilustracjami samego Autora oraz pochodzą z
przebogatych źródeł m.in. zbiorów Getty Images i CORBIS.
Zasiadłam
do tej książki z ciekawości: skonfrontuję swoje wyobrażenia na temat Stanów z faktycznymi
opisami sporządzonymi przez kogoś, kto tam mieszka i może, zachowując
perspektywę obcego, strangera, pokazać
mi aktualną żywotność tych moich mitów. (Mam na myśli m.in. amerykański uśmiech, hasło "Od pucybuta do milionera" oraz kultowe podróżowanie
kilometrowymi autostradami na harleyu, koniecznie z muzyką z filmu Easy Rider albo Thelma i Louise).
Marek
także rozpoczyna swoje opisy-kawałki od symboli amerykańskiej kultury, czy może
– duszy? Właśnie. Czy Amerykanie, wiecznie uśmiechnięci, zawsze przyjaźnie nastawieni,
mają prawdziwą, pełną złożoności duszę, którą czasem zatarga rozpacz? Jeśli
tak, to na pewno nie pokazują tego publicznie. Nie wypada obnażać swoich emocji,
bo w codzienności najważniejsze jest żmudne „przepychanie materii” każdego dnia,
a uśmiech z pewnością potrafi złagodzić tę rutynę.
A
zatem porozumienie dusz: słowiańskiej i amerykańskiej nie jest możliwe z
zasady. Trzeba pójść na kompromis. Może właśnie ten harley, symbol wolności,
byłby dobrym tropem? Marek pisze, że sam kupił harleya, bo chciał się przekonać, ile może na nim „depnąć” i tym samym spektakularnie
przejechać kilometry słynnej route 66.
Okazało
się, że harleyowcy jeżdżą przepisowo i że same harleye nie bardzo pozwalają dać
„depa”. Ale mają wielu fanów. Marek jest
nim nadal ze względu na emocje, jakie budzą te motocykle i indywidualność, która cechuje ich posiadaczy. A wiadomo, że indywidualność to wartość numer jeden w
Ameryce. Z tym się spokojnie zgodziłam i pozostawiłam motocyklistów na ich
własnych drogach. Mit żywotny. Dalej.
A jak z hasłem "Od pucybuta do milionera"? Obecny najsłynniejszy piosenkarz country, Toby Keith, był typowym prowincjonalnym muzykiem, dorabiał na rodeo, grał w futbol. Potem pracował na platformie wiertniczej, po spadku cen paliw postanowił poświęcić się muzyce. Wziął kredyt, nagrał płytę i...jego obecny majątek "Forbes" szacuje na pół miliona dolarów. Następny mit nadal funkcjonuje.
Kolejne kawałki poświęcone stereotypowym amerykańskim zachowaniom wzbudziły moją niechęć i śmiech,
jak uroczystości pogrzebowe, w większości pozbawionego żałobnego tonu oraz
fascynacja makabrą w stylu Halloween. W większości miałam mieszane uczucia: pogardy i zachwytu nad wyidealizowaniem konsumpcji oraz idącej za tym łatwości w podejmowaniu wszelkich działań, z pewnością – nie nadzieją, "że się uda" –niezależnie od wieku, predyspozycji,
często także możliwości finansowych. Amerykanie mają w sobie gen optymizmu,
który pozwala im wierzyć we własne siły i porozumiewać się z ziomami na tym samym
poziomie. Co oznacza w razie potrzeby wspieranie się, radzenie sobie i wzajemne wsparcie. Niesamowite. I jak bardzo
frustrujące w porównaniu z tym, co mam na własnym podwórku, choć się staram.
W
trakcie czytania przeszkadzała mi ta kultowa idea amerykańska, której sporo
miejsca poświęca redaktor Wałkuski. Mówię o łatwości życia, o której
nieustannie wspomina Redaktor. U nas wszyscy też żmudnie przepychają dzień za
dniem, ale rzadko robią to z uśmiechem, a częściej z wściekłością. Którą
przecież trzeba gdzieś wyładować. Najczęściej są to Bogu ducha winni
współpasażerowie w środkach komunikacji miejskiej albo zwykli przechodnie,
którzy, chcąc przejść przez przejście dla pieszych bez świateł, muszą
przeważnie przepuścić sfrustrowanych kierowców.
Cierpię
nad brakiem łatwości życia, a z drugiej strony uważam się za bohaterkę
codzienności, bo tak dobrze sobie z nią radzę. Dlaczego miałabym popatrzeć na
to, co robię, bez heroizmu, a po prostu normalniej, nieco mniej refleksyjnie,
głęboko – a po prostu zwyczajniej? Może nie umiem?
Ale o
tych różnicach między Ameryką – nimi, a nami, czyli Europą, (a może nami -
Polską?), można by ciągle pisać i nieustannie porównywać.
Redaktorowi
Markowi przyświeca inna myśl, która jest czytelna: ważne, by dostrzec pewien
charakter, styl życia, który w Stanach polega na ułatwianiu, a nie utrudnianiu
sobie życia. (Znowu porównania nasuwają się same. Chyba nie można przed tym uciec).
Marek
nie stara się być obiektywny. Opisuje jak działają banki, sklepy, dlaczego
zakupy w Stanach są przyjemniejsze (bo nie ma stresu przed reklamacją i zirytowanym
sprzedawcą, który ostatecznie nie przyjmuje reklamowanego towaru, ani nie
zwraca żadnej kwoty). Marek pisze o tanim stołowaniu się w mieście i o możliwościach
spędzania wolnego czasu za grosze.
Z
tych opisów płynie wniosek, ze ludzie w Stanach przede wszystkim ufają sobie
nawzajem, a nie z miejsca podejrzewają, że chcesz ich oszukać. Są bezwzględnie dumni
z tego, że ich kraj powstał dzięki ich pracy i że mogą w nim dużo zmienić, bo
mają wpływ na rządzących i na to, jak wydawane są ich podatki. Marek jest
zadowolony, jak działa Arlington, w którym mieszka, głównie z powodu inicjatyw na
rzecz mieszkańców, takich, jak edukacja i rozrywka. Są one tam finansowane z
kieszeni podatników. Hasło”Wszystko jest dla ludzi” ma zatem w Ameryce pełniejszy
sens, niż tylko, jak w Polsce, częściowy. Tu tym hasłem tłumaczy się nadużywanie
pewnych zachowań. Tam – realizację pomysłów, które można z pożytkiem
zrealizować.
A
jednak zmęczyło mnie to zadowolenie Autora Ameryką i czytając, czekałam, aż znajdzie
się kawałek równoważący te zachwyty. Znalazłam jeden i on, według mnie, uratował
całość. Bez niego nie mogłabym przełknąć tego kawałka amerykańskiego tortu. Piękność bez maleńkiego uszczerbku nie byłaby
tak autentyczna.
Polecam
wszystkim spróbować!
Marek
Wałkuski, Ameryka po KaWałku. Kraków
2014
sobota, 7 lutego 2015
Warsaw in winter
Warszawa
zimą, czy Warszawa – nocą? Obie formy zawierają w sobie wrażenia z wczoraj, tuż
po obejrzeniu Warsaw by night w pobliskiej Kinotece.
Zbierało
się od jakiegoś czasu.: nieruchomość mroźnego powietrza, wzdymającego się
jedynie od firanek oddechu. Nie mogłam oprzeć się pokusie chuchania i
wyobrażania sobie wielu rzeczy, które znikały wraz z ciepłym powietrzem. Rozpływały się w nim.
Byłam
taka wyczekująca, w tej rutynie codziennej zimy, zwłaszcza wieczorów w pracy,
które niekiedy bywały poetyckie, jak historia Roxanne z piosenki The Police,
ale częściej przytłaczające ciemnością krótkich dni. Co wieczór to samo. Od
czasu do czasu wkładałam czerwoną sukienkę po powrocie. Zapalałam wtedy lampkę i
czytałam z ust Świętego różne piosenki.
Wczoraj
poczułam ruch powietrza, zapoczątkowany jakimś oddechem nietutejszym i
nieludzkim. Miał w sobie mroźność, ale i jakąś trudną do uchwycenia świeżość.
Przeczucie czegoś niejasnego, jak niewytłumaczalny i – co poczułam mocniej – zmysłowy
zapach ziemi. Była piętnasta i zrobiło się nagle widno. Pomyślałam, że po wieczornych zajęciach pójdę
do kina na Warsaw by night.
Samotność
w kinie była mi potrzebna. Mimo premiery filmu i sporej publiczności, czułam
się na właściwym miejscu, gotowa na spotkanie z obrazem…wymagającym, jak się okazało
i cudownie wzruszającym. Może potrzebowałam odzwierciedlenia, a tym samym
potwierdzenia takiego obrazu Warszawy, jaki sama w sobie noszę? Film mi go zarazem
dopełnił, jak i dodatkowo pokiereszował. Ile blizn na tym obrazie, na który codziennie
patrzę? Kilkanaście. Namiętnie szukam podobieństw, projektuję na niego emocje i
widzę, że jest ruchomy i przypomina szopkę. Albo iluzoryczne malarstwo. Z której
strony patrzysz ty – on patrzy na ciebie. A co tym razem jest na obrazie? Zima
czy noc?
Pod wspólnym
adresem miasta Warszawa, rozpoczynają się, trwają i kończą romanse. Mój także. Wracam z kina przez stację PKP Powiśle. Nadjeżdża wieczorny pociąg
KM do Otwocka. Prawie pusty. Na peronie nie już ma nikogo, ale konduktor upewnia
się, czy może jeszcze ktoś nie wpadnie w ostatniej chwili: rozgląda się. Nie, nie ma nikogo. Pociąg powoli rusza, konduktor trzyma w
ręku krótkofalówkę, ale jeszcze stoi w uchylonych drzwiach, gdyby ktoś w
ostatniej chwili się zdecydował i miał wsiąść. Tym razem to nie ja. Przyspieszam kroku.
piątek, 16 stycznia 2015
Deborah McKinlay "Cała nadzieja w Paryżu"
Romans
od kuchni, czyli, o tym, o co by się zdarzyło, gdyby on, znany amerykański
pisarz po dwóch nieudanych małżeństwach spotkał ją, bogatą Brytyjkę po rozwodzie. Połączeni pasją gotowania, rozpoczynają wspólną przygodę. Gdzie?
Oczywiście w Paryżu.
Tak
by się mogło zdarzyć. Prezentowana historia przypomina znane nam skądinąd opowieści, jak to on wprawdzie jest popularnym
pisarzem, odnoszącym sukcesy, ale nie radzi sobie z twórczym zastojem, który
nadciąga wraz ze zbliżającą się pięćdziesiątką. Szukanie samotności, męskie
towarzystwo i obiecujący romans z piękną fotografką nie uruchamiają u Jacka energii
pisarskiej. Eva też sobie nie radzi. Samotność w zamożności to wprawdzie
bajkowe połączenie, pozwalające na letarg bliski bajkowej Śnieżce. Jednak Evie
do niej daleko. Nieprzepracowane emocje przekłada więc na gotowanie i pracę w
ogrodzie. Pozornie udaje jej się osiągnąć spokój.
Nie
byłoby tego romansu dwójki pokiereszowanych uczuciowo i oddzielonych Oceanem ludzi. Ale któregoś dnia, w pracy w charytatywnym sklepie, Evie,
udzielającej się wolontariuszce, wpada w
oko jedna z książek Jacka. Powieść zadziała jak pocałunek księcia: Eva w chwili
krótkiej przytomności pisze z wdzięczności kartkę do autora, w podziękowaniu za
wyrwanie ją z półsnu, z zapomnienia. Jack odpisuje i korespondencyjna znajomość
zaczyna rozkwitać. Poprzez wymianę kulinarnych przepisów i rad, bohaterowie dochodzą
do momentu, w którym znają już swoje upodobania i smaki. Co z innymi zmysłami? Czy
im pofolgują?
Czytając
tę powieść, poczułam zapomniany smak epistolografii. Uzmysłowiłam sobie,
że dawno nie napisałam prawdziwego
listu. A miałabym do kogo. I jeszcze coś: nie zawsze pozornie łatwe historie muszą kończyć się według przepisowego scenariusza. W tym przypadku trochę konwencjonalni bohaterowie nie zostali przez autorkę zamordowani swoimi powieściowymi prototypami i nie utknęli w schemacie romansu.
PS.
Miło by było znaleźć się w Paryżu.
Deborah McKinley, Cała nadzieja w Paryżu. Łódź 2014.
sobota, 10 stycznia 2015
Jakub Winiarski "Kronika widzeń złudnych. Pisma edukacyjne"
Niniejsza książka została wyróżniona przez
jury konkursu wydawnictwa Zielona Sowa i wydana w serii konkursowej w 2004 roku.
W 2004 roku hasło „Jerzy Pilch” dopiero
zaczynało krystalizować się w mojej wirtualnej bibliotece najbardziej cenionych
pisarzy. Jedenaście lat śledziłam
pisarstwo Pilcha i śmiało mogę się uznać za jego podbój miłosny w dziedzinie literatury.
Myślę, że książka Jakuba Winiarskiego
chyba wyrosła z afektu do autora „Miasta utrapienia”.
W poniższym fragmencie widać gołym okiem
ślady lektur Winiarskiego:
"I czym uraczyła mnie ta niepospolita
kobieta? I co się okazało? I okazało się, że jak każda przedstawicielka płci
pięknej, jak każda po prostu kobieta o niczym innym nie marzy tak bardzo, jak o
szalonym uczuciu. A jeśli nie wręcz szalonym, to już na pewno o wiecznym. Każda
straszliwa brzydula żyje tym przekonaniem. Każda straszliwa brzydula i każda
supermodelka odpręża się, fantazjując na temat swych wielbicieli. Znana mi w
każdym calu swojego ponętnego ciała, wciąż tajemnicza dla mnie od strony swojej
duchowości jasnowidząca kobieta, z którą dzieliłem i łoże, i stół, i na koniec
wspólnie zebrany księgozbiór, nie była tu żadnym wyjątkiem, tez była w we
władzy Amora; Kupidyna o maślanym spojrzeniu wysoko stawiał wśród bożków.
Lubiłem czasem podrażnić tę jej biologiczną ufność (…)"
Inspiracje frazami pilchowymi są wyraźne i
celowe. Nadal zatem brnę w te strony Kroniki i jestem pewna, że jej Autor
przyzna się na końcu do swoich czytelniczych preferencji. Na razie, także poza
licznymi mottami otwierającymi każdą z części, a pochodzącymi m.in. z Thomasa
Bernharda, Paula Valéry`ego, liczne są reminiscencje z Kundery i Exupéry`ego. Po co to wszystko? Chyba z powodu
obrony przed chaotycznością świata, której boi się Norbert, bohater, narrator przygodny,
jak nazywa sam siebie. A zatem – stwierdzenie,
że jedynie literatura ocala? Tylko przypominane w różnych kontekstach cytaty
mogą dać poczucie sensu? Co, oprócz finezyjnej zabawy, mogą dać parze graczy takie żonglerki cytatami? Mielibyście ochotę na romans z powieścią, która wymagałaby od Was wskazania jak największej liczby literackich odniesień? Macie już takie książki na liście swoich ulubionych?
czwartek, 8 stycznia 2015
Jesper Juul "Twoje kompetentne dziecko"
Jesper
Juul, Twoje kompetentne dziecko, to
książka, którą czytałam prawie trzy miesiące, „z doskoku”. Nie − usiadłam i po
prostu ją przeczytałam, ale podchodziłam do niej za każdym razem. Słuchałam
każdego najmniejszego impulsu, by po nią sięgnąć. Dziś ją skończyłam i mogę powiedzieć, że to
jedna z najciekawszych książek o wychowaniu rodziców przez dziecko, na jaką
kiedykolwiek natknęłam się w swoim czytelniczym życiu. Autor zadbał, by język był przystępny, unikając
przeciążenia pedagogiczną terminologią.
Po Twoje kompetentne dziecko sięgnęłam z potrzeby
poszukiwania autorytetów wychowawczych. A gdzie jeszcze miałabym sięgnąć, poza doświadczeniami wyniesionymi z własnego dzieciństwa? Do skandynawskich
pedagogów. Wiedziona tropem skandynawskich pisarzy dla dzieci, postanowiłam przyjrzeć
się ich widzeniu relacji rodzic-dziecko, bardziej od strony psychologii i
pedagogiki. Szperając w moich ulubionych blogach, trafiłam na nazwisko Juula i
postanowiłam zainteresować się bliżej jego teoriami wychowawczymi. Dziękuję Wam, Blogerki, że pomogłyście mi w wyborze
lektury uświadamiającej mnie jako dorastającego rodzica.
Na
ile współcześnie jest żywotny tradycyjny model rodziny autorytarnej? Wydawało
by się, że przeszedł do lamusa razem z walką kobiet o prawa do bycia kimś
więcej, niż tylko matką. Jesper Juul
udowadnia, że jesteśmy spadkobiercami tradycyjnego modelu rodziny,
utożsamianego z walką o władzę między rodzicami a dziećmi. Zastanawiające. Do
tego Juul twierdzi, że współczesna rodzina, zanim jeszcze przyjdzie na świat
dziecko, jest tradycyjnie (czy raczej powinnam napisać – rozpatrywana przez rozpoznawalną
teorią Freuda,) okaleczona przez kulturę. Kultura wymogła bowiem na dwojgu
ludzi, pragnących założyć rodzinę, wypracowanie mechanizmów umożliwiających im
radzenie sobie w życiu. Owe mechanizmy Juul zgrabnie definiuje jako osobowość,
czyli sumę rozmaitych strategii
przetrwania. Dwie odrębne jednostki,
reprezentujące dwie różne strategie przetrwania zakładają rodzinę. I co
dalej???
Juul
analizuje przykłady rodzin dysfunkcyjnych i takich, które różnie radząc sobie w
przypadkach skrajnych (wojna, śmierć jednego z rodziców), w trakcie rozwodu
rodziców, ale także w momentach, gdy dziecko jest z rodzicami w restauracji i
jest karcone za niewłaściwe zachowanie. Prostota i dystans, z jakimi Autor opisuje przykłady
zachowań obu stron: rodziców i dzieci, rozbraja i pomaga spojrzeć na pewne
zachowania (swoje, przejęte od rodziców, tak, tak!), z innej perspektywy. I
o to chodzi w tej książce. Żeby zobaczyć
dziecko inaczej, niż tylko jako pozbawioną własnego zdania istotę. Dotyczy to
także rodziców udających, iż wychowują swoje dziecko bezstresowo, a
niekoniecznie dbają o jego potrzeby, przez brak wytyczania mu granic.
Niewiarygodne,
ile przeniesionych zachowań zaobserwowałam u siebie. To chyba dobrze, że je
zdiagnozowałam.
Jeszcze
coś: Juul pisze o wypracowaniu przez rodziców i dzieci modelu nie walki, ale
rozmowy, negocjacji, w których podstawą jest właściwy dla obu stron osobisty
język. Sztuka jego wypracowania jest żmudna, ale kto twierdził, że wychować człowieka
jest łatwo? Kompetencje dziecka, o czym przekonuje Autor, mogą z całą pewnością
uczynić z rodziców lepszych ludzi.
Zapraszam
do lektury!
Jesper
Juul, Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci
poważniej? Wydawnictwo MiND 2011, 2012
![]() |
| Copyrights by Święty |
![]() |
| Copyrights by Święty |
czwartek, 1 stycznia 2015
"Magia świętokrzyskiego drzewa"
![]() |
| Widok na Święty Krzyż. Droga na Święty Krzyż z naszego pensjonatu "Oaza". Copyrights by Święty. |
Od dwóch dni czytam prawdziwą księgę drzew: album zatytułowany "Magia świętokrzyskiego drzewa" z tekstami Leszka Mazana i Krzysztofa Lorka i niesamowitymi fotografiami m.in. Pawła Pierścińskiego, Elżbiety Szot-Radziszewskiej, Piotra Kalety. Album wydało w 2006 roku wydawnictwo Norpol z Krakowa. Przeglądam, czytam i patrzę przez balkonowe okno; przede mną Łysa Góra, znana także jako Święty Krzyż. Nie pamiętam bardziej komplementarnych wrażeń. Mocno i estetycznie.
Przyjechaliśmy we trójkę do Huty Szklanej, wioski położonej najwyżej w Górach Świętokrzyskich. Mieszkamy we wspaniałym domu gościnnym, w którym nie ma innych turystów, tylko my, tak się trafiliśmy pod koniec roku, jak żartuje nasza Gospodyni. Gospodyni jest zielarką i fanką Świętej Hildegardy z Bingen. Słuchamy ze Świętym jej opowieści, jemy przyrządzane przez nią posiłki, cieszymy się jadalnią z ogromnymi oknami i pięknym słońcem. Wynagradzamy sobie wzajemnie, we trójkę, pięciotygodniową wzajemną nieobecność. Siedzimy na zmianę w kąciku dla czytelników, na piętrze, na którym jest też nasz pokój. I spokój. W całości.
Wczorajsza wędrówka na Święty Krzyż okazała się bajkową podróżą do krainy śniegu. Na szczycie weszliśmy do klasztoru.W bazylice nie było nikogo. Akurat zaświeciło słońce, które wypełniło wnętrze z ołtarzem delikatnym, przepuszczonym przez mleczne okna, światłem. Zielone girlandy ze światełkami zwieszały się z sufitu. W prawej części kościoła spostrzegliśmy szopkę. Bob był zachwycony, jak zwykle, siankiem. Rozbawieni, zauważyliśmy obok figurek pasterzy dwa wypchane borsuki z pobliskiego Muzeum Przyrody. Wróciliśmy wczesnym popołudniem, Bob był już bardzo zmarznięty i śpiący. My ze Świętym siedzieliśmy sobie w salonie, przy kominku i rozmawialiśmy. Piliśmy kawę zaparzoną w kafeterce. Nie pamiętałam tak błogiego spokoju we dwójkę-trójkę.
Czytam wspomniany album "Magia świętokrzyskiego drzewa" i odkrywam siebie w tych drzewach. Powracają wspomnienia z pieszych wędrówek po Górach - eskapad z przyjaciółkami z tej samej drużyny harcerskiej. Z chłopakami z różnych stron Polski, którzy przyjeżdżali tu dla tych widoków, stając się dla mnie wspomnieniami na równi ważnymi, co wysiłek zdobywania Góry Chełmowej i Klonówki. Obserwuję siebie w tych retrospektywach - wystarczy mi jeden dzień w sąsiedztwie Łysogór i rozprasowują się fałdy ostatnich dni. Kontrafałdy założę na dzisiejszą potańcówkę w salonie i będzie miało to znaczenie tylko dzisiejszego wieczoru.
Tego ostatniego dnia w roku chciałabym Wam życzyć odpoczynku, wolnych chwil na przepuszczanie czasu z książkami. Bo taki czas liczy się dla nas, Czytelników, inaczej.
Przyjechaliśmy we trójkę do Huty Szklanej, wioski położonej najwyżej w Górach Świętokrzyskich. Mieszkamy we wspaniałym domu gościnnym, w którym nie ma innych turystów, tylko my, tak się trafiliśmy pod koniec roku, jak żartuje nasza Gospodyni. Gospodyni jest zielarką i fanką Świętej Hildegardy z Bingen. Słuchamy ze Świętym jej opowieści, jemy przyrządzane przez nią posiłki, cieszymy się jadalnią z ogromnymi oknami i pięknym słońcem. Wynagradzamy sobie wzajemnie, we trójkę, pięciotygodniową wzajemną nieobecność. Siedzimy na zmianę w kąciku dla czytelników, na piętrze, na którym jest też nasz pokój. I spokój. W całości.
Wczorajsza wędrówka na Święty Krzyż okazała się bajkową podróżą do krainy śniegu. Na szczycie weszliśmy do klasztoru.W bazylice nie było nikogo. Akurat zaświeciło słońce, które wypełniło wnętrze z ołtarzem delikatnym, przepuszczonym przez mleczne okna, światłem. Zielone girlandy ze światełkami zwieszały się z sufitu. W prawej części kościoła spostrzegliśmy szopkę. Bob był zachwycony, jak zwykle, siankiem. Rozbawieni, zauważyliśmy obok figurek pasterzy dwa wypchane borsuki z pobliskiego Muzeum Przyrody. Wróciliśmy wczesnym popołudniem, Bob był już bardzo zmarznięty i śpiący. My ze Świętym siedzieliśmy sobie w salonie, przy kominku i rozmawialiśmy. Piliśmy kawę zaparzoną w kafeterce. Nie pamiętałam tak błogiego spokoju we dwójkę-trójkę.
Czytam wspomniany album "Magia świętokrzyskiego drzewa" i odkrywam siebie w tych drzewach. Powracają wspomnienia z pieszych wędrówek po Górach - eskapad z przyjaciółkami z tej samej drużyny harcerskiej. Z chłopakami z różnych stron Polski, którzy przyjeżdżali tu dla tych widoków, stając się dla mnie wspomnieniami na równi ważnymi, co wysiłek zdobywania Góry Chełmowej i Klonówki. Obserwuję siebie w tych retrospektywach - wystarczy mi jeden dzień w sąsiedztwie Łysogór i rozprasowują się fałdy ostatnich dni. Kontrafałdy założę na dzisiejszą potańcówkę w salonie i będzie miało to znaczenie tylko dzisiejszego wieczoru.
Tego ostatniego dnia w roku chciałabym Wam życzyć odpoczynku, wolnych chwil na przepuszczanie czasu z książkami. Bo taki czas liczy się dla nas, Czytelników, inaczej.
![]() |
| Święty Krzyż. Copyrights by Święty |
![]() |
| Nasza trójka |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
_Fotor.jpg)
_Fotor.jpg)
_Fotor.jpg)
_Fotor.jpg)
_Fotor.jpg)
_Fotor.jpg)




