środa, 8 kwietnia 2015

Doris Lessing „Lato przed zmierzchem”

Na zewnętrznej okładce tej powieści przeczytałam:
„Czy kobieta-matka potrafi przemienić się w kobietę-kochankę? Czy kobieta, która wychowała czworo dzieci, potrafi jeszcze żyć własnym życiem? (…) Kate Brown zgadza się współpracować jako tłumacz na ważnej konferencji. Jest lato: mąż, córka i synowie porozjeżdżali się w różne strony. Kate nawet nie przypuszcza, że będzie to najważniejsze lato w jej życiu”.

Od początku nie lubiłam bohaterki. Kate drażniła mnie niczym starzejąca się madame Bovary, (a taką ja sobie wyobrażałam): uwikłaną w grę pozorów doskonałą matkę, zarazem pełną pretensji do swoich dzieci; świetnie zorganizowaną gospodynię wspaniałego domu w zamożnej londyńskiej dzielnicy, pragnącą w głębi duszy przy pierwszej nadarzającej się okazji, porzucić dom skrojony na miarę reprezentantów middle class. Czekałam na pierwsze potknięcie bohaterki  w jej zorganizowanym perfekcyjnym życiu.  Czekałam na przełamanie wzorca bohaterki-ofiary.

A kiedy już ta czterdziestokilkuletnia dobrze utrzymana piękna kobieta postanowiła zrobić coś wbrew znanej dotąd samej sobie, zaczęłam baczniej się jej przyglądać i badać przyczyny jej moralnego niepokoju. Dlaczego uległa stereotypom i wzięła sobie młodszego kochanka? Dla kogo tak naprawdę kupiła świetne ciuchy i za pieniądze z pracy tłumaczki na międzynarodowej konferencji, sfinansowała swoją romantyczną przygodę, czyli wyjazd do Hiszpanii?

Opowiedziana na nowo historia upadku kolejnej madame Bovary bolała mnie podczas czytania. Niewygodnie czyta się tę powieść, ale nie mogłam się od niej oderwać, chciałam dotrwać z Kate do końca. Nie mogłam się doczekać sformułowania wniosku. Trzeba jednak dobrnąć do ostatnich stron, by z tej parabolicznej historii, pełnej metafor i surrealistycznych zwrotów akcji, wysnuć olśniewającą prawdę.


Doris Lessing rzuca wyzwanie współczesnej kulturze europejskiej; ta, według autorki Lata przed zmierzchem, daje kobiecie pozorną wolność dokonywania wyborów. Ta kultura jest bezwzględna w egzekwowaniu społecznych ról i w definiowaniu tożsamości kobiety. Do kategorii kultury dodałabym tu i kategorię czasu, czynnika kształtującego w skomplikowany sposób wizerunek kobiety w oczach jej samej i w opinii społeczeństwa. Zarówno kultura, jak i czas, są w powieści czynnikami uniemożliwiającymi bohaterce wybór, kim chce być. To czyni z Kate ofiarę społeczno-biologicznego systemu. Jednak coś sprawia, że nie dajemy jej tak łatwo wślizgnąć się w jego pułapkę. Wewnętrzna odwaga Kate, jej chęć podjęcia decyzji, prowadzi bohaterkę do otwartego zakończenia…

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem. Przeł. Barbara Rewkiewicz-Sadowska. Warszawa 2008.




czwartek, 26 marca 2015

Maeve Binchy "Dom nad klifem"

"Przekrocz próg Kamiennego Domu − miejsca, w którym mruczący kot na kolanach i kubek gorącej czekolady przepędzą każdą troskę". "Dlaczego nie?" − Pomyślałam i postanowiłam odpowiedzieć na to zachęcające zaproszenie do lektury. Powieść współczesnej irlandzkiej pisarki, Maeve Binchy skusiła mnie obietnicą przyjemności. Tej, o której wiem, że w trakcie czytania wyłoni się ze stron i dopieści mnie zarówno wrażeniem miękkości kociej sierści, jak i posmakiem czekolady.
Kot jednak okazał się prawdziwym kapryśnikiem, a czekolada − miejscami bardziej gorzka niż mleczna. Nie było o miłości sielankowej, ale o rozstaniach i praktycznej stronie życia, pozwalającej bohaterkom na oswojenie codzienności "po".
Akcja powieści obejmuje lata sześćdziesiąte XX wieku aż do dziś i dzieje się głównie na prowincji zachodniego wybrzeża Irlandii. Historie bohaterów łączy Kamienny Dom − miejsce, które jedna z jego pracownic wraz z ostatnią z rodu właścicielką, postanawiają wspólnie przekształcić w luksusowy hotel. Czy im się uda?
Postaci kobiet w powieści są jej perpetuum mobile, więc można się po nich spodziewać wszystkiego: pomyłek i trafnych decyzji, które zweryfikuje czas. Jeśli walczą o miłość, to dopiero po przejściach, albo w zamian za miłość zajmują się czymś innym. I te wszystkie lejdis osiągają sukces oraz spełnienie. Czas oznacza dla nich wolność wyborów. Dla bohaterek nigdy nie jest za późno.

"Dom nad klifem" to zbiór mało sentymentalnych historii zdumiewająco pełnych wiary w ludzkie możliwości. Bohaterki są najbardziej sugestywne, gdy aktywują immanentny pierwiastek "zaradności" pod wpływem zawirowań losu, dramatycznych przeżyć, przegadanych z kimś godzin, lub po prostu pod wpływem magii miejsca − to jest przekonujące i dobrze się sprzedaje. Bywam pod wrażeniem tego typu literatury, bo pomaga uwierzyć w to, że kobiecość mieni się wieloma odcieniami.

Maeve Binchy, Dom nad klifem. Tłum. Jolanta Kiełbas. Warszawa 2015.


niedziela, 22 marca 2015

Carla Montero "Szmaragdowa tablica"

Powieści osnute wokół poszukiwania obrazu: najlepiej, jeśli obraz przed tajemniczym zniknięciem znajdował się w galerii w Sankt Petersburgu, Madrycie, Florencji albo w Paryżu. Z pewnością to obraz, na temat którego środowisko sztuki milczy. Marszandzi kwitują uśmiechem politowania jego istnienie. A jeśli jeszcze nieostrożny poszukiwacz wątpliwego obrazu zadaje pytania o ów obraz niewłaściwym osobom,  musi, jako kustosz lub doktor historii sztuki, uciekać przed wynikającymi poszukiwań dzieła kłopotami... Zapowiada się pasjonująca lektura.
Z tych własnie powodów uwiodła mnie powieść Carli Montero Szmaragdowa tablica. Tytułowy artefakt, przypisywany Hermesowi Trismegistosowi, w powieści hiszpańskiej pisarki przybiera ciekawą postać. Akcja, w której Ana, specjalistka od twórczości Giorgione, przyjmuje zlecenie odnalezienia obrazu zatytułowanego Astrolog, wprowadza nas w historię samego dzieła i jego opiekunów. Tajemniczy obraz ma, według legendy, zawierać Szmaragdową Tablicę, a więc, być może, zapewnić jego posiadaczowi władzę nad światem. 
Brzmi to mało realnie, ale  w trakcie czytania okazuje się, że wśród poszukiwaczy starożytnej tajemnicy byli Himmler i Hitler, pragnący włączyć Astrologa do kolekcji artefaktów, kolekcji fundamentalnej dla idei odnowienia germańskiego imperium. Legenda Tablicy przemówiła więc znowu, tym razem w historii II wojny światowej.
W ten świat poszukiwań czytelnik zostaje włączony przez Anę Garcíę-Brest, wspomnianą ekspertkę od Giorgionego. Śledztwo w sprawie tajemniczego obrazu, jest pozornie skazane na niepowodzenie. Jednak w trakcie postępowania, młodą panią doktor zaczyna interesować się wielu ludzi, w tym członkowie tajemniczego zgromadzenia PosenGeist. Ana w trakcie poszukiwań spotka wiele interesujących osób, które przemówią zza grobu i odkryją przed nią pasjonujące tajemnice.
Dla mnie najbardziej  frapująca okazała się historia strażniczki obrazu Astrolog, Sarah Bauer, francuskiej Żydówki, której losy splotły się z życiem Georga von Bergheima. Generał Bergheim poszukiwał obrazu Astrolog dla Himmlera, ale zanim odkrył prawdziwe motywy swego zleceniodawcy, zakochał się w Sarah i ich historia zaczęła biec w tempie historii okupowanego Paryża. 
Jak w każdej dobrej powieści kryminalno-społecznej, obraz ludności przebywającej w Paryżu w czasie II wojny prezentuje postawy skrajne: kolaborantów, prostytutki, przedstawicieli ruchu oporu. W podobny sposób, wielowymiarowo, przedstawieni są Niemcy: winni całemu złu wielbiciele kultury wysokiej, napędzani ideą stworzenia nowego społeczeństwa w duchu nietzscheańskim. Nie po raz pierwszy powieściowy świat widziany oczami okupantów i okupowanych nie jest biało-czarny, ale pełen szarości. Kto potrafi w nim znaleźć w sobie odrobinę empatii, może ocalić swoje człowieczeństwo. 
O bohaterskich postawach w powieści mówi się głośno i może czasem tendencyjnie, szczególnie jeśli chodzi o francuski ruch oporu i elitę niemieckich generałów. Nie można jednak nie ulec urokowi, w jaki Carla Montero opisuje cały ten świat grozy, miłości, poszukiwania piękna i tajemnicy obrazu. Miałam wrażenie, że czytam coś pomiędzy Klubem Dumas, a Kodem Leonarda da Vinci. Przekład powieści dokonany przez Wojciecha Charchalisa, znanego z fenomenalnych adaptacji "współczesnojęzykowych", jak choćby najnowsze tłumaczenie Don Kichota, sprawia, że Tablicę czyta się płynnie: sześćset siedemdziesiąt stron połknęłam w dwa dni. Zanim doceniłam lekkie pióro tłumacza, zwróciłam uwagę na stronę tytułową i wewnętrzne strony okładki: są piękne i wymowne. Czytanie Szmaragdowej tablicy okazało się fantastyczną przygodą.

Carla Montero, Szmaragdowa tablica. Przeł. Wojciech Charchalis. Poznań 2013.

środa, 25 lutego 2015

Elizabeth Gilbert "Botanika duszy"

Spomiędzy książkowych kartek wypadł ususzony klonowy liść: duży, brunatno- i czerwonożółty, przybrudzony czasem.

Ślad po tamtej intensywności koloru, która wtedy zafalowała we mnie i przyniosłam liść do domu. Dobrze pamiętam jeszcze jedno z takich wzruszeń: znalazłam w domu w encyklopedii cały bukiet ususzonych frezji: fioletowych, białych i lekko pomarańczowych, całkiem płaskich po trzydziestu latach, włożonych do tomu przez jedną pannę młodą. 

Te na nowo odkryte ślady zaprowadziły mnie do "Botaniki duszy", którą pochłaniam od trzech dni. Powieść rozwija się we mnie w idealnym momencie: w okresie wczesnego przednówku, kiedy szuka się nowych smaków, wypatrując oznak wiosny, która na pewno przyniesie odmianę. Autorka powieści, Amerykanka Elizabeth Gilbert, zadedykowała swoją pracę Babci z okazji Jej stuletnich urodzin. W trakcie czytania "Botaniki" widać wiele obrazów z przeszłości, które mogły być inspirowane opowieściami Babci. Wnuczka umiejętnie je przywołała i doskonale opisała, nadając im niepowtarzalny kształt. Dla mnie, jak dotąd, najbardziej wyrazisty jest przeświecający przez powieść duch pierwszych osadników filadelfijskich i ówczesna atmosfera jednego z największych miast Stanów Zjednoczonych. Powieść pisana jest z rozmachem i ogromnym talentem zwłaszcza w opisywaniu szczegółów, co do których nie mam wątpliwości, że Autorka je zna. Jest tak przekonująca. 

Początek historii głównej bohaterki, Almy Whittaker, prowadzi do historii  jej ojca, który zanim zobaczył pierwszy raz swoją córkę urodzoną w 1800 roku, był biedakiem, bystrym złodziejem, utalentowanym ogrodnikiem w Kew Gardens, marynarzem i obieżyświatem na usługach bogatego lorda Banksa. Droga do fortuny Henry`ego Whittakera była trudna i kręta. Konsekwentnie wydzierał światu nieznane ówcześnie rośliny i sprzedawał je hodowcom i botanikom z całego świata. Swoją wiedzę o roślinach, którą zdobył od swego ojca, także ogrodnika w Kew Gardens, przekazywał swojej córce od najmłodszych lat. W ten sposób Alma już jako mała dziewczynka stała się spadkobierczynią  pasji swego ojca. 

Wpływ Henry`ego wyznaczył Almie drogę kariery naukowca. Wszystko inne w dziewczynie ukształtowała matka. Beatrix z domu van Devender, nieładna, ale niezwykle wyedukowana, bogata Holenderka, spadkobierczyni surowej luterańskiej doktryny, w której duchu konsekwentnie wychowywała swoją córkę. Nigdy jej nie dopieszczała, zawsze natomiast przycinała, naginała, upominała w tym, co należało ukształtować w dorastającej dziewczynie: niezdrowe w mniemaniu matki instynkty, nieposłuszeństwo, brak manier. Beatrix nieustannie kierunkowała swoją córkę w byciu uprzejmą, ale nie nudną.  Nuda oznaczała głupotę, bezproduktywność umysłu, a to już był grzech. Sama Beatrix, nie dopuszczając do rozleniwienia, nie prowadziła salonowych konwersacji: nie znosiła czczej gadaniny. W jej domu, filadelfijskiej posiadłości White Acre, którą zarządzała razem ze swoją gospodynią, Hanneke de Groot, prowadziło się wyłącznie ciekawe dysputy na odpowiednim poziomie. I to wyłącznie z interesującymi gośćmi, nie zawsze reprezentującymi środowiska najwyższej klasy, za to będącymi utalentowanymi naukowcami, tancerzami, aktorami lub poszukiwaczami przygód z całego świata. Beatrix nie należała wówczas do nudnej, jak sama twierdziła, socjety bostońskiej, miała natomiast krąg wybitnych znajomych i była żoną Henry`ego Whittakera, który wówczas już jednym z najbogatszych ludzi Ameryki. W takim otoczeniu wzrastała jego córka. 

Śledzę jej losy. Trudno mi się oderwać od tej książki. 

niedziela, 8 lutego 2015

Warsaw in winter - II







Marek Wałkuski "Ameryka po kaWałku"

Jak się ma Miss Ameryka? Lepiej być nie może – odpowiada Marek Wałkuski, dziennikarz Polskiego Radia. Marek od dwunastu lat mieszka w Stanach i – jako korespondent radiowej Trójki – niestrudzenie opowiada i pisze o USA. W swojej najnowszej książce Ameryka po kaWałku, stara się pokazać zróżnicowany charakter rozległego obszaru Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Udaje mu się przyciągnąć potencjalnego czytelnika samym tytułem. „KaWałek” to kalambur, za którym ukrywa się dziennikarz, pragnący częściowo opisać kraj, w którym, jak powszechnie się sądzi,  dobrze się mieszka i robi zakupy. Ale nie tylko. Marek Wałkuski przedstawia czytelnikowi najróżniejsze aspekty życia w Stanach, próbuje pokazać, jak wygląda normalne życie w Ameryce z perspektywy zarówno dziennikarza, jak i zwykłego mieszkańca.

Książka podzielona jest na sześć kawałków. Są one zatytułowane następująco:
Kawałek wstępu
Kawałek pierwszy. Wygoda po amerykańsku
Kawałek drugi. Made in USA
Kawałek trzeci. Między nami Amerykanami
Kawałek czwarty. Widokówki z Ameryki
Kawałek piąty. Przyjemne stany
Kawałek szósty. Rzeczy ostateczne albo prawie ostateczne

Poszczególne kawałki opatrzone są znakomitymi ilustracjami samego Autora oraz pochodzą z przebogatych źródeł m.in. zbiorów Getty Images i CORBIS.

Zasiadłam do tej książki z ciekawości: skonfrontuję swoje wyobrażenia na temat Stanów z faktycznymi opisami sporządzonymi przez kogoś, kto tam mieszka i może, zachowując perspektywę obcego, strangera, pokazać mi aktualną żywotność tych moich mitów. (Mam na myśli m.in. amerykański uśmiech, hasło "Od pucybuta do milionera" oraz kultowe podróżowanie kilometrowymi autostradami na harleyu, koniecznie z muzyką z filmu Easy Rider albo Thelma i Louise).
Marek także rozpoczyna swoje opisy-kawałki od symboli amerykańskiej kultury, czy może – duszy? Właśnie. Czy Amerykanie, wiecznie uśmiechnięci, zawsze przyjaźnie nastawieni, mają prawdziwą, pełną złożoności duszę, którą czasem zatarga rozpacz? Jeśli tak, to na pewno nie pokazują tego publicznie. Nie wypada obnażać swoich emocji, bo w codzienności najważniejsze jest żmudne „przepychanie materii” każdego dnia, a uśmiech z pewnością potrafi złagodzić tę rutynę.

A zatem porozumienie dusz: słowiańskiej i amerykańskiej nie jest możliwe z zasady. Trzeba pójść na kompromis. Może właśnie ten harley, symbol wolności, byłby dobrym tropem? Marek pisze, że sam kupił harleya, bo chciał się przekonać, ile może na nim „depnąć” i tym samym spektakularnie przejechać kilometry słynnej route 66.
Okazało się, że harleyowcy jeżdżą przepisowo i że same harleye nie bardzo pozwalają dać „depa”.  Ale mają wielu fanów. Marek jest nim nadal ze względu na emocje, jakie budzą te motocykle i indywidualność, która cechuje ich posiadaczy. A wiadomo, że indywidualność to wartość numer jeden w Ameryce. Z tym się spokojnie zgodziłam i pozostawiłam motocyklistów na ich własnych drogach. Mit żywotny. Dalej.

A jak z hasłem "Od pucybuta do milionera"? Obecny najsłynniejszy piosenkarz country, Toby Keith, był typowym prowincjonalnym muzykiem, dorabiał na rodeo, grał w futbol. Potem pracował na platformie wiertniczej, po spadku cen paliw postanowił poświęcić się muzyce. Wziął kredyt, nagrał płytę i...jego obecny majątek "Forbes" szacuje na pół miliona dolarów. Następny mit nadal funkcjonuje. 

Kolejne kawałki poświęcone stereotypowym amerykańskim zachowaniom wzbudziły moją niechęć i śmiech, jak uroczystości pogrzebowe, w większości pozbawionego żałobnego tonu oraz fascynacja makabrą w stylu Halloween. W większości miałam mieszane uczucia: pogardy i zachwytu nad wyidealizowaniem konsumpcji oraz idącej za tym łatwości w podejmowaniu wszelkich działań, z pewnością – nie nadzieją, "że się uda" –niezależnie od wieku, predyspozycji, często także możliwości finansowych. Amerykanie mają w sobie gen optymizmu, który pozwala im wierzyć we własne siły i porozumiewać się z ziomami na tym samym poziomie. Co oznacza w razie potrzeby wspieranie się, radzenie sobie i wzajemne wsparcie. Niesamowite. I jak bardzo frustrujące w porównaniu z tym, co mam na własnym podwórku, choć się staram.

W trakcie czytania przeszkadzała mi ta kultowa idea amerykańska, której sporo miejsca poświęca redaktor Wałkuski. Mówię o łatwości życia, o której nieustannie wspomina Redaktor. U nas wszyscy też żmudnie przepychają dzień za dniem, ale rzadko robią to z uśmiechem, a częściej z wściekłością. Którą przecież trzeba gdzieś wyładować. Najczęściej są to Bogu ducha winni współpasażerowie w środkach komunikacji miejskiej albo zwykli przechodnie, którzy, chcąc przejść przez przejście dla pieszych bez świateł, muszą przeważnie przepuścić sfrustrowanych kierowców.

Cierpię nad brakiem łatwości życia, a z drugiej strony uważam się za bohaterkę codzienności, bo tak dobrze sobie z nią radzę. Dlaczego miałabym popatrzeć na to, co robię, bez heroizmu, a po prostu normalniej, nieco mniej refleksyjnie, głęboko – a po prostu zwyczajniej? Może nie umiem?

Ale o tych różnicach między Ameryką – nimi, a nami, czyli Europą, (a może nami - Polską?), można by ciągle pisać i nieustannie porównywać.

Redaktorowi Markowi przyświeca inna myśl, która jest czytelna: ważne, by dostrzec pewien charakter, styl życia, który w Stanach polega na ułatwianiu, a nie utrudnianiu sobie życia. (Znowu porównania nasuwają się same. Chyba nie można przed tym uciec).
Marek nie stara się być obiektywny. Opisuje jak działają banki, sklepy, dlaczego zakupy w Stanach są przyjemniejsze (bo nie ma stresu przed reklamacją i zirytowanym sprzedawcą, który ostatecznie nie przyjmuje reklamowanego towaru, ani nie zwraca żadnej kwoty). Marek pisze o tanim stołowaniu się w mieście i o możliwościach spędzania wolnego czasu za grosze.

Z tych opisów płynie wniosek, ze ludzie w Stanach przede wszystkim ufają sobie nawzajem, a nie z miejsca podejrzewają, że chcesz ich oszukać. Są bezwzględnie dumni z tego, że ich kraj powstał dzięki ich pracy i że mogą w nim dużo zmienić, bo mają wpływ na rządzących i na to, jak wydawane są ich podatki. Marek jest zadowolony, jak działa Arlington, w którym mieszka, głównie z powodu inicjatyw na rzecz mieszkańców, takich, jak edukacja i rozrywka. Są one tam finansowane z kieszeni podatników. Hasło”Wszystko jest dla ludzi” ma zatem w Ameryce pełniejszy sens, niż tylko, jak w Polsce, częściowy. Tu tym hasłem tłumaczy się nadużywanie pewnych zachowań. Tam – realizację pomysłów, które można z pożytkiem zrealizować.

A jednak zmęczyło mnie to zadowolenie Autora Ameryką i czytając, czekałam, aż znajdzie się kawałek równoważący te zachwyty. Znalazłam jeden i on, według mnie, uratował całość. Bez niego nie mogłabym przełknąć tego kawałka amerykańskiego tortu.  Piękność bez maleńkiego uszczerbku nie byłaby tak autentyczna.

Polecam wszystkim spróbować!


Marek Wałkuski, Ameryka po KaWałku. Kraków 2014



sobota, 7 lutego 2015

Warsaw in winter

Warszawa zimą, czy Warszawa – nocą? Obie formy zawierają w sobie wrażenia z wczoraj, tuż po obejrzeniu  Warsaw by night w pobliskiej Kinotece.

Zbierało się od jakiegoś czasu.: nieruchomość mroźnego powietrza, wzdymającego się jedynie od firanek oddechu. Nie mogłam oprzeć się pokusie chuchania i wyobrażania sobie wielu rzeczy, które znikały wraz z ciepłym powietrzem.  Rozpływały się w nim.

Byłam taka wyczekująca, w tej rutynie codziennej zimy, zwłaszcza wieczorów w pracy, które niekiedy bywały poetyckie, jak historia Roxanne z piosenki The Police, ale częściej przytłaczające ciemnością krótkich dni. Co wieczór to samo. Od czasu do czasu wkładałam czerwoną sukienkę po powrocie. Zapalałam wtedy lampkę i czytałam z ust Świętego różne piosenki.

Wczoraj poczułam ruch powietrza, zapoczątkowany jakimś oddechem nietutejszym i nieludzkim. Miał w sobie mroźność, ale i jakąś trudną do uchwycenia świeżość. Przeczucie czegoś niejasnego, jak niewytłumaczalny i – co poczułam mocniej – zmysłowy zapach ziemi. Była piętnasta i zrobiło się nagle widno. Pomyślałam, że po wieczornych zajęciach pójdę do kina na Warsaw by night.

Samotność w kinie była mi potrzebna. Mimo premiery filmu i sporej publiczności, czułam się na właściwym miejscu, gotowa na spotkanie z obrazem…wymagającym, jak się okazało i cudownie wzruszającym. Może potrzebowałam odzwierciedlenia, a tym samym potwierdzenia takiego obrazu Warszawy, jaki sama w sobie noszę? Film mi go zarazem dopełnił, jak i dodatkowo pokiereszował. Ile blizn na tym obrazie, na który codziennie patrzę? Kilkanaście. Namiętnie szukam podobieństw, projektuję na niego emocje i widzę, że jest ruchomy i przypomina szopkę. Albo iluzoryczne malarstwo. Z której strony patrzysz ty – on patrzy na ciebie. A co tym razem jest na obrazie? Zima czy noc?


Pod wspólnym adresem miasta Warszawa, rozpoczynają się, trwają i kończą romanse. Mój także. Wracam z kina przez stację PKP Powiśle. Nadjeżdża wieczorny pociąg KM do Otwocka. Prawie pusty. Na peronie nie już ma nikogo, ale konduktor upewnia się, czy może jeszcze ktoś nie wpadnie w ostatniej chwili: rozgląda się. Nie, nie ma nikogo. Pociąg powoli rusza, konduktor trzyma w ręku krótkofalówkę, ale jeszcze stoi w uchylonych drzwiach, gdyby ktoś w ostatniej chwili się zdecydował i miał wsiąść. Tym razem to nie ja. Przyspieszam kroku.