piątek, 16 stycznia 2015

Deborah McKinlay "Cała nadzieja w Paryżu"

Romans od kuchni, czyli, o tym, o co by się zdarzyło, gdyby on, znany amerykański pisarz po dwóch nieudanych małżeństwach spotkał ją, bogatą Brytyjkę po rozwodzie. Połączeni pasją gotowania, rozpoczynają wspólną przygodę. Gdzie? Oczywiście w Paryżu.

Tak by się mogło zdarzyć. Prezentowana historia przypomina znane nam skądinąd opowieści, jak to on wprawdzie jest popularnym pisarzem, odnoszącym sukcesy, ale nie radzi sobie z twórczym zastojem, który nadciąga wraz ze zbliżającą się pięćdziesiątką. Szukanie samotności, męskie towarzystwo i obiecujący romans z piękną fotografką nie uruchamiają u Jacka energii pisarskiej. Eva też sobie nie radzi. Samotność w zamożności to wprawdzie bajkowe połączenie, pozwalające na letarg bliski bajkowej Śnieżce. Jednak Evie do niej daleko. Nieprzepracowane emocje przekłada więc na gotowanie i pracę w ogrodzie. Pozornie udaje jej się osiągnąć spokój.

Nie byłoby tego romansu dwójki pokiereszowanych uczuciowo i oddzielonych Oceanem ludzi. Ale któregoś dnia, w pracy w charytatywnym sklepie, Evie, udzielającej się wolontariuszce,  wpada w oko jedna z książek Jacka. Powieść zadziała jak pocałunek księcia: Eva w chwili krótkiej przytomności pisze z wdzięczności kartkę do autora, w podziękowaniu za wyrwanie ją z półsnu, z zapomnienia. Jack odpisuje i korespondencyjna znajomość zaczyna rozkwitać. Poprzez wymianę kulinarnych przepisów i rad, bohaterowie dochodzą do momentu, w którym znają już swoje upodobania i smaki. Co z innymi zmysłami? Czy im pofolgują?

Czytając tę powieść, poczułam zapomniany smak epistolografii. Uzmysłowiłam sobie, że  dawno nie napisałam prawdziwego listu. A miałabym do kogo. I jeszcze coś: nie zawsze pozornie łatwe historie muszą kończyć się według przepisowego scenariusza. W tym przypadku trochę konwencjonalni bohaterowie nie zostali przez autorkę zamordowani swoimi powieściowymi prototypami i nie utknęli w schemacie romansu.


PS. Miło by było znaleźć się w Paryżu.

Deborah McKinley, Cała nadzieja w Paryżu. Łódź 2014.  

sobota, 10 stycznia 2015

Jakub Winiarski "Kronika widzeń złudnych. Pisma edukacyjne"

Niniejsza książka została wyróżniona przez jury konkursu wydawnictwa Zielona Sowa i wydana w serii konkursowej w 2004 roku.

W 2004 roku hasło „Jerzy Pilch” dopiero zaczynało krystalizować się w mojej wirtualnej bibliotece najbardziej cenionych pisarzy. Jedenaście lat śledziłam pisarstwo Pilcha i śmiało mogę się uznać za jego podbój miłosny w dziedzinie literatury. Myślę, że książka Jakuba Winiarskiego chyba wyrosła z afektu do autora „Miasta utrapienia”.

W poniższym fragmencie widać gołym okiem ślady lektur Winiarskiego:

"I czym uraczyła mnie ta niepospolita kobieta? I co się okazało? I okazało się, że jak każda przedstawicielka płci pięknej, jak każda po prostu kobieta o niczym innym nie marzy tak bardzo, jak o szalonym uczuciu. A jeśli nie wręcz szalonym, to już na pewno o wiecznym. Każda straszliwa brzydula żyje tym przekonaniem. Każda straszliwa brzydula i każda supermodelka odpręża się, fantazjując na temat swych wielbicieli. Znana mi w każdym calu swojego ponętnego ciała, wciąż tajemnicza dla mnie od strony swojej duchowości jasnowidząca kobieta, z którą dzieliłem i łoże, i stół, i na koniec wspólnie zebrany księgozbiór, nie była tu żadnym wyjątkiem, tez była w we władzy Amora; Kupidyna o maślanym spojrzeniu wysoko stawiał wśród bożków. Lubiłem czasem podrażnić tę jej biologiczną ufność (…)"


Inspiracje frazami pilchowymi są wyraźne i celowe. Nadal zatem brnę w te strony Kroniki i jestem pewna, że jej Autor przyzna się na końcu do swoich czytelniczych preferencji. Na razie, także poza licznymi mottami otwierającymi każdą z części, a pochodzącymi m.in. z Thomasa Bernharda, Paula Valéry`ego, liczne są reminiscencje z Kundery i Exupéry`ego. Po co to wszystko? Chyba z powodu obrony przed chaotycznością świata, której boi się Norbert, bohater, narrator przygodny, jak nazywa sam siebie.  A zatem – stwierdzenie, że jedynie literatura ocala? Tylko przypominane w różnych kontekstach cytaty mogą dać poczucie sensu? Co, oprócz finezyjnej zabawy, mogą dać parze graczy takie żonglerki cytatami? Mielibyście ochotę na romans z powieścią, która wymagałaby od Was wskazania jak największej liczby literackich odniesień? Macie już takie książki na liście swoich ulubionych?  

czwartek, 8 stycznia 2015

Jesper Juul "Twoje kompetentne dziecko"

Jesper Juul, Twoje kompetentne dziecko, to książka, którą czytałam prawie trzy miesiące, „z doskoku”. Nie − usiadłam i po prostu ją przeczytałam, ale podchodziłam do niej za każdym razem. Słuchałam każdego najmniejszego impulsu, by po nią sięgnąć. Dziś ją skończyłam i mogę powiedzieć, że to jedna z najciekawszych książek o wychowaniu rodziców przez dziecko, na jaką kiedykolwiek natknęłam się w swoim czytelniczym życiu. Autor zadbał, by język był przystępny, unikając przeciążenia pedagogiczną terminologią.

Po Twoje kompetentne dziecko sięgnęłam z potrzeby poszukiwania autorytetów wychowawczych. A gdzie jeszcze miałabym sięgnąć, poza doświadczeniami wyniesionymi z własnego dzieciństwa? Do skandynawskich pedagogów. Wiedziona tropem skandynawskich pisarzy dla dzieci, postanowiłam przyjrzeć się ich widzeniu relacji rodzic-dziecko, bardziej od strony psychologii i pedagogiki. Szperając w moich ulubionych blogach, trafiłam na nazwisko Juula i postanowiłam zainteresować się bliżej jego teoriami wychowawczymi. Dziękuję Wam, Blogerki, że pomogłyście mi w wyborze lektury uświadamiającej mnie jako dorastającego rodzica.

Na ile współcześnie jest żywotny tradycyjny model rodziny autorytarnej? Wydawało by się, że przeszedł do lamusa razem z walką kobiet o prawa do bycia kimś więcej, niż tylko matką.  Jesper Juul udowadnia, że jesteśmy spadkobiercami tradycyjnego modelu rodziny, utożsamianego z walką o władzę między rodzicami a dziećmi. Zastanawiające. Do tego Juul twierdzi, że współczesna rodzina, zanim jeszcze przyjdzie na świat dziecko, jest tradycyjnie (czy raczej powinnam napisać – rozpatrywana przez rozpoznawalną teorią Freuda,) okaleczona przez kulturę. Kultura wymogła bowiem na dwojgu ludzi, pragnących założyć rodzinę, wypracowanie mechanizmów umożliwiających im radzenie sobie w życiu. Owe mechanizmy Juul zgrabnie definiuje jako osobowość, czyli sumę rozmaitych strategii przetrwania.  Dwie odrębne jednostki, reprezentujące dwie różne strategie przetrwania zakładają rodzinę. I co dalej???

Juul analizuje przykłady rodzin dysfunkcyjnych i takich, które różnie radząc sobie w przypadkach skrajnych (wojna, śmierć jednego z rodziców), w trakcie rozwodu rodziców, ale także w momentach, gdy dziecko jest z rodzicami w restauracji i jest karcone za niewłaściwe zachowanie.  Prostota i dystans, z jakimi Autor opisuje przykłady zachowań obu stron: rodziców i dzieci, rozbraja i pomaga spojrzeć na pewne zachowania (swoje, przejęte od rodziców, tak, tak!), z innej perspektywy. I o  to chodzi w tej książce. Żeby zobaczyć dziecko inaczej, niż tylko jako pozbawioną własnego zdania istotę. Dotyczy to także rodziców udających, iż wychowują swoje dziecko bezstresowo, a niekoniecznie dbają o jego potrzeby, przez brak wytyczania mu granic.
Niewiarygodne, ile przeniesionych zachowań zaobserwowałam u siebie. To chyba dobrze, że je zdiagnozowałam.

Jeszcze coś: Juul pisze o wypracowaniu przez rodziców i dzieci modelu nie walki, ale rozmowy, negocjacji, w których podstawą jest właściwy dla obu stron osobisty język. Sztuka jego wypracowania jest żmudna, ale kto twierdził, że wychować człowieka jest łatwo? Kompetencje dziecka, o czym przekonuje Autor, mogą z całą pewnością uczynić z rodziców lepszych ludzi.

Zapraszam do lektury!

Jesper Juul, Twoje kompetentne dziecko. Dlaczego powinniśmy traktować dzieci poważniej? Wydawnictwo MiND 2011, 2012

 Copyrights by Święty

Copyrights by Święty




czwartek, 1 stycznia 2015

"Magia świętokrzyskiego drzewa"

Widok na
Święty Krzyż. Droga na Święty Krzyż z naszego pensjonatu "Oaza". Copyrights by Święty.
Od dwóch dni czytam prawdziwą księgę drzew: album zatytułowany "Magia świętokrzyskiego drzewa" z tekstami Leszka Mazana i Krzysztofa Lorka i niesamowitymi fotografiami m.in. Pawła Pierścińskiego, Elżbiety Szot-Radziszewskiej, Piotra Kalety. Album wydało w 2006 roku wydawnictwo Norpol z Krakowa. Przeglądam, czytam i patrzę przez balkonowe okno; przede mną Łysa Góra, znana także jako Święty Krzyż. Nie pamiętam bardziej komplementarnych wrażeń. Mocno i estetycznie.

Przyjechaliśmy we trójkę do Huty Szklanej, wioski położonej najwyżej w Górach Świętokrzyskich. Mieszkamy we wspaniałym domu gościnnym, w którym nie ma innych turystów, tylko my, tak się trafiliśmy pod koniec roku, jak żartuje nasza Gospodyni.  Gospodyni jest zielarką i fanką Świętej Hildegardy z Bingen. Słuchamy ze Świętym jej opowieści, jemy przyrządzane przez nią posiłki, cieszymy się jadalnią z ogromnymi oknami i pięknym słońcem. Wynagradzamy sobie wzajemnie, we trójkę, pięciotygodniową wzajemną nieobecność. Siedzimy na zmianę w kąciku dla czytelników, na piętrze, na którym jest też nasz pokój. I spokój. W całości.

Wczorajsza wędrówka na Święty Krzyż okazała się bajkową podróżą do krainy śniegu. Na szczycie weszliśmy do klasztoru.W bazylice nie było nikogo. Akurat zaświeciło słońce, które wypełniło wnętrze z ołtarzem delikatnym, przepuszczonym przez mleczne okna, światłem. Zielone girlandy ze światełkami zwieszały się z sufitu. W prawej części kościoła spostrzegliśmy szopkę. Bob był zachwycony, jak zwykle, siankiem. Rozbawieni, zauważyliśmy obok figurek pasterzy dwa wypchane borsuki z pobliskiego Muzeum Przyrody. Wróciliśmy wczesnym popołudniem, Bob był już bardzo zmarznięty i śpiący. My ze Świętym siedzieliśmy sobie w salonie, przy kominku i rozmawialiśmy. Piliśmy kawę zaparzoną w kafeterce. Nie pamiętałam tak błogiego spokoju we dwójkę-trójkę.

Czytam wspomniany album "Magia świętokrzyskiego drzewa" i odkrywam siebie w tych drzewach. Powracają wspomnienia z pieszych wędrówek po Górach - eskapad z przyjaciółkami z tej samej drużyny harcerskiej. Z chłopakami z różnych stron Polski, którzy przyjeżdżali tu dla tych widoków, stając się dla mnie wspomnieniami na równi ważnymi, co wysiłek zdobywania Góry Chełmowej i Klonówki. Obserwuję siebie w tych retrospektywach - wystarczy mi jeden dzień w sąsiedztwie Łysogór i rozprasowują się fałdy ostatnich dni. Kontrafałdy założę na dzisiejszą potańcówkę w salonie i będzie miało to znaczenie tylko dzisiejszego wieczoru.

Tego ostatniego dnia w roku chciałabym Wam życzyć odpoczynku, wolnych chwil na przepuszczanie czasu z książkami. Bo taki czas liczy się dla nas, Czytelników, inaczej.

Święty Krzyż. Copyrights by Święty

Nasza trójka




poniedziałek, 29 grudnia 2014

Szczepan Twardoch "Drach"

(…) Może gdyby wychowywał się pod wpływem śląskiego ojca, jak inni, to przesiąkłby tą miałką śląską rzetelnością, która ceni tylko konkret, wymierność, pracę fizyczną, posłuszeństwo, pokorę, asekuranctwo w tym, co spontaniczne, połączone z tępą odwagą, skupioną na obowiązku. Wyrastają z tego mężczyźni zacięci, pracowici, o nielichej inteligencji technicznej, przyziemni, spolegliwi i konkretni. Gardzący siedzącymi w szynku ôżyrokami, chadzający do kościoła tytułem społecznego zobowiązania, acz nie przepadający za farŏrzym, kobiety traktujący bez afektu i bez pogardy. Ludzie porządku. Pozbawieni aspiracji i niezwykłych przygód. (…)

Rozmawiamy o mieszkańcach Górnego Śląska. Autor powyższych słów jest odważny, zna środowisko, bo sami mieszka w Pilchowicach. Nie boi się mówić o tym, co słyszy, co zna z opowieści zasłyszanych w różnych dziwnych miejscach na Śląsku. Od różnych ludzi. To, co przedstawia, posługując się zapisaną fonetycznie gwarą śląską, w języku niemieckim i po polsku, pozwala zobaczyć historię kawałka ziemi. Terytorium, o którym uczyliśmy się z podręczników, problematycznej dzielnicy, w której wpływy polskie i niemieckie wytworzyły konglomerat kultury świadomej swej odrębności. Odrębności przede wszystkim językowej i odrębności postrzegania świata, a w konsekwencji mentalności ludzi, z którą można walczyć albo się na nią zgodzić i po prostu ją uznać.

Ja ją neguję i z tej negacji rodzi się moja fascynacja czytanymi historiami mieszkańców Górnego Śląska. Ulegam przede wszystkim stylowi Autora: brutalnemu, mrocznemu, wydobywającemu z zachowań ludzkich całą prawdę. Bronię się przed nią, ale czytam dalej. Do jakich granic poprowadzi mnie tytułowy drach, czyli latawiec, łobuz, złośliwy duch – taki poltergeist śląski. W trakcie czytania przeczuwam, do czego może prowadzić taka wycieczka, w której przewodnikiem jest mieszkaniec żywiołów. Ten, dla którego ziemia, niebo, śmierć i pory roku, miłość, to jedno.

Przenikające się czasy w rodzinnych historiach dwóch śląskich rodów: Magnorów i Gemanderów, splatają się w figurę węża Ouroborosa, połykającego własny ogon. Czas dla mieszkańców szczegółowo wymienianych miejscowości na Górnym
Śląsku jest siłą najwyższą. Uderzająca jest zarazem ich nieświadomość trwania w czasie – porażająca, tak samo, jak ich niema i tępa zgoda na to, co przynosi los. Powstania i wojny w Gliwicach (Gleiwitz), Nieborowie (Nieborowitz, a potem Neubersdorf), to opatrzność, na której siłę trzeba się zgodzić, bez zaangażowania, bez politycznych dylematów, które omijają świadomość bohaterów, ledwie muskając ich umysły.
Zastanawiam się, czy ta powieść zdemitologizowała Ślązaków? Uruchomiła we mnie inną perspektywę, która zmieniła moje stereotypowe postrzeganie mieszkańców takiego Rybnika? Zrozumienie ich pretensji? Wzbudziła we mnie empatię dla wdów śląskich, które straciły mężów w kopalni?
Bohater, który nie przesiąkł śląską miałkością i który nie „robił na grubie”, jak inni,  Nikodem Gemander, świetny architekt, nie unika swojego losu. Drach zna jego przeznaczenie. Nikodem dowiaduje się o swoim przeznaczeniu jak zwykle, w najmniej nieoczekiwanym momencie. Przerażająco dla czytelnika. Który musi się zgodzić na taki koniec.

To bezustanne zdziwienie, towarzyszące kolejnym, jak zwykle niespodziewanym odejściom kolejnych bohaterów, dotknęło i mnie.
Tak, jak i wszyscy odchodzący, nie zapamiętałam słów dracha o nieuniknionym fatum, przed którym nie ma ucieczki. Tylko czytałam, co powtarzała ustami dracha jedyna postać powieści, Stary Pindur. Miejscowy mędrzec, który powiadał, że kamień, woda, człowiek, sarna – to jedno. Jak można się domyślić, opowieściom Pindura przysłuchiwali się jedynie najmłodsi, jednak i u nich ta najstarsza wiedza nie zakiełkowała, a los nie oszczędził Starego Pindura.


Z czym zostaję po rozmowie z Autorem? Z Drachem w podróżnej torbie i nadzieją na rychłe spotkanie z pisarzem na jego wieczorze autorskim. 

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Ewa Winnicka "Angole"

Czekając na zamówione powieści, kupiłam sobie zbiór reportaży Ewy Winnickiej pt. Angole. Podwójny portret: Polaków mieszkających na Wyspach oraz mieszkańców Wysp (autochtonów i kolorowych najeźdźców) prawdziwy do bólu. 
Sama mieszkałam w Irlandii dwa lata, to wiem. Miałam szczęście, że przez pierwsze miesiące pobytu tam nie miałam styczności z Polakami. To było w 2005 roku, Polaków w Irlandii dopiero zaczynało przybywać. Moje kontakty z nimi zaczęły się przypadkowo. Od mojej gospodyni, u której mieszkałam jako au-pair, dowiedziałam się, że dwa domy dalej mieszkają Polacy. Poszłam tam z ciekawości i ...zostaliśmy przyjaciółmi. Krakusi chętnie przyjęli mnie pod swoje skrzydła, okazali się bardzo pomocni, także w szukaniu mieszkania po tym, jak zdecydowałam się odejść z domu, w którym nie respektowano moich praw do wolnego dnia i obiecanego kieszonkowego. Kiedy teraz o tym myślę, dziwi mnie, jak mało byłam przewidująca, że nie sporządziłam wstępnej umowy z panią domu, w którym miałam być au-pair. Byłoby mniej nerwowo i pewnie mój pobyt w Irlandii wyglądałby całkowicie inaczej. 

W każdym razie gdy zdecydowanym się odejść, moi Polacy spod numeru 3, pomogli mnie ulokować w mieszkaniu swoich znajomych. Niestety, po dwóch tygodniach Polki sprzątające irlandzkie mieszkania, kazały mi się wyprowadzić, bo stwierdziły, że do nich nie pasuję. Musiałam więc szybko znaleźć nowe lokum. I tym razem pomogli mi krakowiacy - Ola zagadnęła sąsiadkę z przeciwległej ulicy, w Eurosparze, kiedy robiła zakupy. Zapytała po prostu, czy Philomena nie ma pokoju do wynajęcia, albo czy nie zna kogoś, kto wynająłby pokój. Phil powiedziała, że ona ma w tej chwili wolną sypialnię, malutką, ale przytulną. Obecnie mieszkają we trzy: ona, z partnerką Evą oraz Linda, siostra Phil.  Chętnie przygarnęłyby kogoś, dzięki komu zmniejszyłby się czynsz i opłaty. Ola zarekomendowała mnie i jeszcze tego samego dnia wprowadziłam się do dwóch Irlandek i Szwedki. To był nowy i wspaniały etap mojej irlandzkiej przygody. 

Mieszkałam u nich prawie do końca swojego pobytu w Irlandii. Spędzałyśmy razem czas na imprezach i zakupach, oglądałyśmy razem filmy. Kiedy mój tata przyleciał do mnie na Boże Narodzenie, dziewczyny zajęły się nim, Eva, Szwedka zrobiła mu śniadanie i poszła z nim na spacer. Tata prawie nic nie mówił po angielsku, ale słuchał Evy, a ona nawet go trochę uczyła! Było super. W tym czasie miałam kontrakt w Hewlett Packard, gdzie z moim angielskim szlifowanym na każdym kroku, czułam się znakomicie. 
Kiedy zaczęłam poznawać Polaków, wydawali mi się nastawieni na zarabianie i picie każdego dnia, zwłaszcza w weekendy. Pili tak samo, albo gorzej, niż Irlandczycy. Raziły mnie więc stereotypowe zachowania rodaków. Nie miałam ochoty za bardzo się integrować z pijakami i burakami, bo tak ich w większości wtedy odbierałam. Wolałam Irlandczyków, mimo wszystko. Tych z pracy, po sześćdziesiątce, do których do tej pory wysyłam kartki świąteczne. Tych młodych, do których czułam czasem więcej niż sympatię. To były złote czasy, mimo tak trudnego początku. Nauczyłam się tam wyrażać siebie po angielsku. Żadna szkoła nie dała mi takiej możliwości. 

Teraz jestem w Polsce i nie żałuję, że wróciłam. Mimo swoich trudnych doświadczeń na Szmaragdowej Wyspie myślę, że jednak miałam szczęście. Czytając reportaże Ewy Winnickiej skonstatowałam, że inni mieli go mniej. Może byli mniej elastyczni w przyjmowaniu miejscowych zwyczajów, kuchni? Ja mogłam się śmiać po cichu z bekonu, francuskich tostów i fasolki w pomidorowym sosie na śniadanie, ale po jakimś czasie zaczęłam to jeść. Irlandzkie piwo i cidery smakowały lepiej od naszego. Moje współlokatorki częstowały mnie apple pies with crumbs and custard, i to było pyszne. Ja z Polski zawsze przywoziłam im jabłka z działki i "Nalewkę babuni". Linda, Irlandka ciągle ją popijała, choć mawiała przy tym: "This is very strong". 

Powtórne spotkanie z Polakami na Wyspach, dzięki książce Winnickiej, zabolało mnie, ale reportaże czytałam z jakaś ponurą, bolesną ciekawością. Niektóre historie kończą się absolutnie nieoczekiwanie. Przygody tych ludzi, najczęściej przybywających na Wyspy w poszukiwaniu lepszego życia i zarobku, ale bez znajomości języka i zwyczajów Wyspiarzy, są dla mnie dziwnie trudne do zaakceptowania. 

Po przeczytaniu Angoli, widzę tak jaskrawo słabości Polaków i Anglików. To niewygodne, jak diabli, uczucie. Patriotyzmu nie trzeba odkurzać, żeby poczuć wyłaniające się z tych opowieści upokorzenie, wstyd, niechęć i żal do kraju, który chce, byś respektował jego prawa, bo inaczej won. Twój własny kraj, jak wrócisz na tarczy, powita cię niczym. Polacy na Wyspach rozumieją, że lepiej jest mieć w Anglii mniej i działać. Tylko niektórzy pozostają bierni, a i dla takich jest posiłek i ubranie, i towarzystwo w razie potrzeby. Psycholog także się znajdzie, jeśli śpisz w śpiworze w parku i  natknie się na ciebie policja.. Wyspy dają możliwości, których bohaterowie historii, w Polsce nie widzą.  

Fantastyczny jest ten zbiór reportaży. Na fali powrotu emigracyjnych odczuć, pójdę obejrzeć wystawę "Londyn - stolica Polski. Emigracja polska w latach 1940-1990", która obecnie jest w BUW-ie. Postów o Angolach i Polaczkach ciąg dalszy nastąpi...

Uliczka w Belfaście w 2005 roku.

Święty obok naszego hostelu w Belfaście.

W Dublin Musem. Copyrights by Święty

środa, 26 listopada 2014

Na tropie tytułów

Znowu szukam książek. Przeglądam witrynę Lubimyczytać. Kupiłam magazyn "Książki", żeby zobaczyć, co jest wydane i czemu warto przyjrzeć się bliżej. 

Szukałam czegoś na chandrę. Myślę, że pomoże:

1. Deborah McKinley, Cała nadzieja w Paryżu
2. Carla Montero, Szmaragdowa tablica
3. Edward Rutherfurd, Paryż
4. Szczepan Twardoch, Drach
5. Miguel de Cervantes, Przemyślny szlachcic Don Kichot z Manczy, przeł. Wojciech Charchalis
6. Maria Janion, Kazimiera Szczuka, Janion. Transe, traumy, transgresje. 2: Prof. Misia
7. Andrzej Ziemiański, Pomnik cesarzowej Achai, t.4 

Jestem teraz nieswoja i niezbyt się lubię. Bardzo potrzebuję inspiracji z książek. Co Wy teraz czytacie?