środa, 4 czerwca 2014

Pokój z widokiem

Jaki widok z okna pamiętacie? Mój najwspanialszy to oczywiście plac zabaw, piaskownica, żywopłoty, mirabelka. A dalej: klomby róż, które teraz powinny kwitnąć. Jako dziecko uwielbiałam czerwone róże! Uważałam je za najpiękniejsze kwiaty na świecie. I ten ich zapach. Często zrywałyśmy te róże z klombów, choć wiedziałyśmy, że to nieładnie i że ktoś, gdyby to zobaczył, zwróciłby nam uwagę. A może nawet poskarżył naszym rodzicom. 

Z zerwanymi różami szłyśmy dalej, z górki, drogą do przychodni. Przychodnia była na wzgórzu, gdzie rosły stare drzewa, głównie topole i lipy. Gdy zapadał zmierzch, zajmowały pół horyzontu. Uwielbiałam ich ciemne, potężne sylwetki. 

Z drugiej strony, jak okiem sięgnąć, rozpościerał się krajobraz niskich gór, mających od dawna swoją nazwę w atlasach i w legendach. Kochałam te góry, ich dal. Stamtąd zawsze nadchodziły najciemniejsze chmury, a burzom towarzyszyły potężne błyskawice.

Kiedy się przeprowadziliśmy, nowy widok z mojego pokoju nie dawał już takiego oddechu. Od tamtej pory, nazwanej przeze mnie erą przeprowadzek, zmieniałam widoki. Tęskniłam za przestrzenią. Nadal tęsknię. Ale obecny widok zasługuje, by go pokazać. Teraz jest on oknem na świat naszej trójki.



Moja Europa - część III

Z drogi do miejsca zamieszkania. Przed nami chmury. Trochę wybujała i połączona jeszcze z resztą - Skandynawia.


Ziemowit Szczerek, "Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian"

Teraz to dopiero będzie. Się zacznie. Zaczęłam już jeść tę cieniutką, pożyczoną z bibliotek, książeczkę. Świętemu ją zarekomenduję, bo on przecież we Lwowie tyle godzin pracy, miesięcy spędził. Tyle się tam naoglądał i nasłuchał, że muszę mu koniecznie Ziemowita podsunąć do konfrontacji. 

Czyta się znakomicie, jak to reportaż. Coś z ducha Stasiukowego tam się unosi, ale jeszcze nie zdiagnozowałam w pełni. Na razie rentgena robię niedbałego. I coś z Andruchowycza tam czuję, ale może to  tylko projekcja ostatnio przeczytanych esejów (jak niżej, pisałam, których). 
Obrazoburstwo tej książeczki bardzo mi się podoba. I egzotyka jest! Wracam do jedzenia.

Michał Witkowski, "Zbrodniarz i dziewczyna"

Tego Autora można albo kochać, albo nienawidzić. Nie może być po prostu "ciepły". Ja należę do jego wielbicielek od czasów przeczytania "Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna-Szczakowej". Nie miałam okazji sięgnąć po kultowe "Lubiewo", ale przeczytałam "Fototapetę" (najmniej mi się podobała), zaś "Drwal" to było coś niesamowitego pod względem językowej stylizacji - majstersztyk. "Zbrodniarza" kupiłam "w ciemno". I nie żałuję.

Kryminalna zagadka to oczywiście pretekst do ukazania całej, przebogatej panoramy społecznej znanej i dopiero co poznawanej, przez Narratora (zwanego i z rozmysłem nazwanego "Michaśką"). Boskie. W każdym calu Witkowski udowadnia, jak język kreuje rzeczywistość, lub, co wydaje mi się zgrabniejszym sformułowaniem - jak język potrafi odzwierciedlać... Tę rzeczywistość. Absurdalną i groteskową, ale, jak się uważniej przypatrzeć i przysłuchać, no, taką właśnie, z ulicy, spod bloku, z telewizji, z Internetu. Uwielbiam Autora za jego słuch absolutny wszystkiego, co "może mu się przydać do literatury". Wygląd i powiedzonka ciot z Pomorza Zachodzniego i Breslau. Ubiór i muzyka, która akurat "leciała" i co to miał kto na sobie wówczas. I ta maniera, maniera! Stylistyczne przypadłości męczą wszystkich w tej kryminalnej intrydze, (a jak udzielające czytelnikowi! [Niegenderowo tu piszę]. Może poza jednym bohaterem. On jest najjaśniejszy, stylowo neutralny. Choć tak trudno go uchwycić. 


Moja Europa - część II

Są miejsca, które wyzwalają poczucie absolutnego szczęścia, ot tak, po prostu. Od tego spływającego na człowieka uczucia już tylko krok do zapadnięcia w "tu i teraz" - nastroju, na fali którego można całkowicie zanurzyć się w rzeczywistości. To "wejście", jak je nazywam, jest dostępne tylko czasami. Natura rzeczy zostaje...objawiona? Można nazwać to natchnieniem, spiętrzeniem emocji, które nagle wyostrzają zmysły i chcą być, po swojemu, naturalnie. Istnieć. 

Zawsze tęskniłam do tych magicznym miejsc Europy, które, jak sobie wyobrażałam, uaktywnią tę specyficzną energię we mnie. Sprawią, że ją poczuję i zechcę się nią, pisząc, podzielić. W różnych okresach i "fazach", czytałam o Włoszech, o Francji, o Anglii, Portugalii i Szwecji. I zawsze chciałam tam pojechać z myślą o natchnieniu. (Zostały mi jeszcze do "obskoczenia" Stany i Indie, może Australia, co oczywiście nie będzie, jak w przypadku Europy, wycieczką objazdową, zaplanowaną nawet na kilka miesięcy). 

Pojechałam, zobaczyłam. Było tak, jak sobie wyobrażałam. 

Suma doświadczeń zaczęła z wiekiem domagać się przeciwwagi. Znalazłam ją, ku swojemu zaskoczeniu, w miejscu urodzenia. Odkryłam, ile potrafię wyciągnąć z tej znanej mi ziemi i powietrza pierwiastków potrzebnych do życia. I tam przecież czytałam o innym miejscach, w których chciałam poszukać tego, co kryło się tuż obok. Tam się nauczyłam szukać metafor. Dopiero teraz odkryłam, co mnie tak naprawdę wiąże z moim skrawkiem Europy, południowo-wschodniej. Potencjalność i niespójność, której nie znalazłam na Zachodzie. I mnóstwo innych, rzucających się w oczy (także te wewnętrzne), przeciwieństw. Stylistycznych ekstrawagancji. Braku i przepełnienia. Kontrastów, co za tym idzie, w niespodziewanych miejscach i sytuacjach. A zatem ciągle muszę uważać, by czegoś nie przegapić.  Jak dobrze tak się czuć. Nie ma w tym strachu i obcości. Nigdy nie będzie.Będzie - TU.













środa, 21 maja 2014

Moja Europa - część I

Gdzieś na trasie pomiędzy obecnym domem, a miejscem urodzenia...




Po przeczytaniu dwóch esejów "Moja Europa" pióra Jurija Andruchowycza i Andrzeja Stasiuka, pomyślałam, że powinnam pokazać część swojej geografii sentymentalnej. Wkrótce następna część z fotografiami i tekstami, których narosło we mnie od ostatniego spotkania z Wami,...